piątek, 2 lutego 2007

Azja Centralna 2003

A z j a Ś r o d k o w a 28.07 – 06.09 2003r.


Pomysł wyjazdu do Azji Środkowej „zakiełkował” w naszych głowach cztery lata temu, kiedy to gościliśmy w naszym domu na Święta Bożego Narodzenia Polaka, Leona z Kazachstanu. Opowieści o tym odległym kraju pobudziły naszą wyobraźnię i chęć odwiedzenia tego rejonu świata. Jeśli Kazachstan no to może i dalej Kirgistan, Uzbekistan – ale o tym później. Nie mogliśmy jechać wcześniej z różnych powodów ale rok 2003 należy do nas. Zawiadamiamy naszego znajomego o terminie przyjazdu do Kazachstanu i przygotowujemy się do podróży. Oczywiście pod uwagę bierzemy najtańszy sposób podróżowania. Żadne samoloty i luksusy nie wchodzą w rachubę.

Przygotowania rozpoczynamy od zdobycia literatury z tego rejonu Azji, map i relacji ludzi, którzy już byli w tej części świata. Przewodnik Lonely Planet „Central Asia” jest do kupienia w Polsce ale w wersji angielskiej. My „zdobyliśmy” jeszcze jeden przewodnik „The Silk Roads” kupiony w USA przez nasza znajomą. Mapa „Central Asia” tez do kupienia w Polsce np. w Empiku .

Nasz plan podróży zakłada dojazd do Moskwy (krótkie zwiedzanie) dalej Kazachstan, Kirgistan. Uzbekistan, Turkmenistan, Iran, Turcja i przez Bałkany powrót do Polski. Niestety wszystkich planów podróży nie udało nam się zrealizować, ale o tym później.

Żeby wjechać do Rosji nie trzeba wizy (od października 2003r. już obowiązują ) ale nie można ot tak sobie tam pojechać. „Wielki Brat” strzeże swego kraju. My postanowiliśmy pojechać do Moskwy z Kaliningradu i dalej przez Litwę i Białoruś. To nasza droga „na skróty” bo podróż rozpoczynamy w Poznaniu. Jadąc do Moskwy z Kaliningradu dwukrotnie przekraczamy granicę rosyjską i tu jest problem. My rozwiązujemy go w ten sposób: do Kaliningradu wjeżdżamy na voucher (nasz kosztował 4zł. do kupienia u konduktora w pociągu relacji Braniewo – Kaliningrad, w kantorze blisko dworca kolejowego – naprzeciw Policji) a do Białorusi na pieczątkę AB (do zdobycia w biurze paszportowym). Nie ma już odprawy paszportowej między Białorusią i Rosją. Teraz to są już nieistotne wiadomości bo obowiązują wizy (może i lepiej ?) Podróż bezpośrednio z Polski do Moskwy jest droga i dlatego warto pokombinować dojazd do granicy, przejazd przez granicę i stamtąd do Moskwy.

Istotnym problemem w podróżowaniu po Rosji są bilety kolejowe, których nie da się kupić w Polsce (są do kupienia tylko na trasę transsyberyjską w Inturiście ale ceny astronomiczne – sprawdziłam) a trudno kupić je na ostatnią chwilę szczególnie w sezonie wakacyjnym. W związku z tym postanowiliśmy na dwa tygodnie przed planowanym wyjazdem pojechać do Kaliningradu i tam dokonać zakupu biletów na planowaną podróż. Cały bilet z Poznania do Braniewa tam/powrót kosztował (lipiec 2003r.) 88.52zł. Z Braniewa do Kaliningradu – 17.83zł. Należy kupić w Polsce zaraz powrotny czego ja nie zrobiłam i tam kupując powrotny zapłaciłam więcej niż w u nas. Trudno moja strata. Bilety kupuje się w Kaliningradzie na dworcu kolejowym (ładny budynek, warto zobaczyć). Żeby kupić bilet należy mieć paszport (czasami wystarczy ksero ale nie warto ryzykować) i znać dzień, godzinę i numer pociągu (rozkład jazdy w Internecie), którym chcesz jechać. Dobrze jest mieć to wszystko cyrylicą napisane na kartce wtedy unikamy kłopotliwej rozmowy z kasjerką w języku rosyjskim (bo raczej w innym języku się nie dogadasz) chyba, że dobrze znasz język rosyjski. Mnie kupowanie 3 biletów z Kaliningradu do Moskwy, 3 biletów z Moskwy do Kulundy, 2 z Brześcia do Moskwy i 2 z Moskwy do Irkucka zajęło około 2 godzin. Te dwa ostatnie bilety kupowałam dla znajomych. Nie miałam ich paszportów tylko ksero i nie było problemów ale słyszałam, że często się zdarzają. Pani kasjerka była też dość miła a to ponoć należy do rzadkości. Tyle czasu zajęło mi kupowanie biletów, że już nie było mowy o zwiedzaniu czegokolwiek. Tylko krótki „rzut oka” na okolice dworca – nic ciekawego, raczej smutny widok i mam pociąg powrotny do Braniewa. Tam przesiadka do Tczewa i znów przesiadka do Poznania. Zdąży się to wszystko załatwić w ciągu jednego dnia. Koszt takiej podróży bez zniżek to około 120zł . Bilet z Kaliningradu do Moskwy kosztuje około 95zł. Z Poznania do Moskwy 300zł (lipiec 2003r.). Taniej jest przez Terespol ale my mięliśmy fantazję jechać inaczej.

Teraz czas na załatwianie formalności wizowych. Żeby wjechać do Kazachstanu należy mieć wizę, żeby otrzymać wizę należy mieć zaproszenie albo od osoby prywatnej albo z biura turystycznego. My mimo, że w Kazachstanie chcemy odwiedzić znajomych nie bierzemy od nich zaproszenia bo wiza prywatna kosztuje 50$ i dłużej się na nią czeka . Korzystamy z biura turystycznego Travel Agency „TOUR ASIA” Almaty, które za „jedyne” 20$ od osoby szybko i sprawnie przesyła zaproszenia do Ambasady Kazachstanu w Warszawie (przesyłają tam gdzie chcesz wizy odebrać np. Warszawa, Moskwa). Pieniądze należy wcześniej przesłać na wskazane konto. Adresy biur turystycznych do zdobycia w Internecie. Gdy już masz zaproszenie należy zadzwonić do ambasady i umówić się na spotkanie. Załatwiają szybko i sprawnie. W dniu umówionym należy zjawić się w ambasadzie z paszportem, 2 zdjęcia, ksero paszportu, kopia zaproszenia i wypełnić formularz. Kiedy wszystko się zgadza po południu odbiór paszportów z wizą. Koszt jednej wizy 25$ + 7zł opłata w banku. Bank znajduje się w pobliżu ambasady. My nie mięliśmy żadnych problemów choć spotkaliśmy chłopaka z biletami kolejowymi do Kirgistanu w ręce, który chciał tylko wizę tranzytową na bezpośredni przejazd przez Kazachstan (bez przesiadek) i niestety został „odprawiony z kwitkiem”. Nie wiem jak to potoczyło się dalej bo on jeszcze „okupował” ambasadę jak ja już wychodziłam. Okazuje się, że do tego kraju nie tak łatwo wjechać. Nam jednak się udało ale i też z przyjemnością stamtąd wyjeżdżaliśmy !!!

Tak samo jest z wizą do Uzbekistanu z tym, że problem polega na tym, że w Polsce nie ma ambasady. Zaproszenia kosztują 20$ od osoby. Kasę należało wcześniej przesłać na konto i nasze zaproszenia przesłane zostały do Ambasady Uzbekistanu w Moskwie. Można wizy też załatwić w Berlinie no ale tam należałoby przed wyjazdem dojechać a nam lepiej pasuje Moskwa, bo tam będziemy parę dni. Zaproszenia mamy od Afrosiab Business Travel Agency Samarkanda. Nie wiemy tylko jak długo czeka się na odbiór wizy w Moskwie ? Wizę do Iranu chcieliśmy załatwiać w Biszkeku a do Turkmenistanu w Taszkiencie. Te plany w czasie podróży uległy zmianie ale o tym będzie później.

A o to krótki opis naszej podróży. Skład osobowy uczestników: baba po czterdziestce i moich dwóch synów lat 19 i 20. Mamy duże chęci zobaczyć jak najwięcej za małe pieniądze i sprawdzić się w grupie. Podróżowaliśmy już razem niejednokrotnie ale tak odległą wspólną podróż realizujemy pierwszy raz.

28.07 2003r. o godz. 3.17 wsiadamy w Poznaniu do pociągu i jedziemy do Tczewa. Podróż

koszmarna, pociąg przeładowany, miejsca stojące, dużo młodzieży jadącej na wakacje więc piwo się dosłownie lało po korytarzu, my stoimy przy kiblu więc ruch w tym kierunku duży !! Ładnie się zaczyna. Jak później się okazało była to nasza najgorsza podróż pociągiem !!! W Tczewie jesteśmy punktualnie, idziemy coś zjeść i kupujemy bilety z Braniewa do Kaliningradu. Cena jednego biletu 17,83zł. O godzinie 7.56 wsiadamy do pociągu do Braniewa. Teraz jedziemy komfortowo, mało ludzi i można trochę odpocząć. W Braniewie przesiadka do pociągu do Kaliningrad o godz.10.00. Na granicy informujemy pograniczników, że jedziemy do Moskwy i teraz przekraczamy granicę na voucher a później na pieczątkę AB. Nie ma problemu. Chcemy wypełnić deklaracje celne ale nas ignorują i idą dalej. Cholera, trochę nas to martwi bo mamy „cały bank” przy sobie a w drodze rożnie bywa. Trudno może dadzą na granicy białoruskiej ? 12.55 Kaliningrad, dodajemy jedną godzinę bo jedziemy na wschód. Na dworcu wymieniamy dolary na ruble 1$≈30 rub. Posilamy się w barze na dworcu – 193 rub. O godz. 15.16 mamy pociąg do Moskwy. Wsiadamy do pociągu, oczywiście prowadnice sprawdzają zgodność biletu z paszportem – nie ma żartów !!. Mamy bilety w wagonie plackarty. Jak się okazało jest to całkiem wygodny sposób podróżowania. W naszym wagonie jesteśmy jedynymi obcokrajowcami (sami Rosjanie, Litwini) ale czujemy się bezpiecznie i swobodnie. Za 90 rub kupujemy czystą ładnie zapakowaną pościel. Mamy dwa miejsca na dole i jedno u góry. Z nami podróżuje jeden Rosjanin. Niestety jedyny mankament tej podróży to duchota i brak możliwości otwarcia okna. Jak się okazało to niektóre okna można było otwierać ale nikt do tego nie robił. Nikomu, oprócz nas, to nie przeszkadzało. Na szczęście na korytarzu przy samowarze (świetny wynalazek) było otwarte okno i tam można było się „przewietrzyć”. Dla mnie ta podróż z tej przyczyny była męcząca ale dało się wytrzymać. Duże wątpliwości budzi też czystość kibla ale na to już nie zwracaliśmy uwagi. Jedziemy sobie wygodnie a tu okazuje się, że nie może być za dobrze bo przychodzi prowadnica i nam oznajmia, że będziemy mieć problem na granicy białoruskiej bo nie mamy wiz. Informujemy ją, że nas wizy nie dotyczą i na Białoruś wjeżdżamy na podstawie pieczątek AB ale ona w kółko to samo, że jak „diengi damy” to wjedziemy. Ona wie swoje a my swoje ale zasiała w nas trochę niepokoju. O 19.00 granica rosyjsko-litewska. Wszystkim sprawdzają wizy (dotyczy to Rosjan) do nas przychodzą sprawdzają paszporty i po polsku życzą przyjemnej podróży. Jedna granica za nami. O północy granica litewsko-białoruska. Prowadnica zaraz przy wejściu pograniczników powiedziała, że podróżują w tym wagonie Polacy, którzy nie mają wymaganych dokumentów. Jeden podchodzi zaraz do nas i sprawdza nasze paszporty. Informujemy go, że wjeżdżamy na pieczątki AB. Sprawdza nasze paszporty i okazuje się, że to my mięliśmy rację. Wszystko ok. Później podchodzi jeszcze jedna baba sprawdza paszporty, informujemy ją, że jedziemy z Moskwy do Kazachstanu i daje nam karty emigracyjne do wypełnienia. Wypisujemy te kwitki, które należy podpisać a ona stoi przy nas więc chcę wszystko „po bożemu” i budzę syna żeby podpisał a ona mówi „nie nada, piszi” podpisałam dała pieczątki jedną kartkę zabrała jedną zostawiła, pouczyła, że przy wyjeździe z Rosji oddać na granicy no i wszystko. Chcieliśmy deklaracje celne ale nam „nie nada” trudno nie mamy, zobaczymy co będzie dalej? Po 23 godzinach jesteśmy w Moskwie.

29. 07 2003r. Teraz tylko pomyśleć o poszukaniu noclegu. Mamy tylko jeden „namiar” na

polski kościół i tam się udajemy. Jest bardzo gorąco i z ciężkimi plecakami udajemy się pod znany nam adres z nadzieją, że się nad nami zlitują. Po pół godzinie docieramy do znanego nam z Internetu kościoła i niestety nie mamy szczęścia bo nie ma nikogo kto mógłby zadecydować o możliwości pozostania w tym miejscu. Możemy jednak zostawić nasze plecaki i poczekać do wieczora aż będzie siostra Teresa. Idziemy coś zjeść a ja z Jakubem jadę do miasta zorientować się gdzie jest ambasada Uzbekistanu bo jutro chcemy załatwiać wizy. Jedziemy metrem do centrum, szybko i sprawnie znajdujemy ambasadę, która już jest nieczynna. Uzyskujemy jednak informację od strażnika, że jutro mamy przyjść o 9.30. Rozmawiamy z nim w j. rosyjskim (oj kiepsko mi to idzie !!!) bo nie mówi po angielsku ani po niemiecku. Wracamy do kościoła i idziemy jeszcze na mszę w j. polskim. Jest mało ludzi i dziwnie się czujemy na mszy po polsku w tak odległym miejscu od Polski (później też tak będziemy się czuć a będziemy o wiele dalej). Po mszy znajdujemy siostrę Teresę, która bez problemu prowadzi nas do salki w podziemiach kościoła i tam mamy nocleg. Dostajemy materace i jakoś musimy sobie radzić. Jest łazienka ale tylko z zimną wodą ale to nam nie przeszkadza. Możemy się schłodzić. Bierzemy prysznic, posilamy się i idziemy spać. Jutro mamy ważny dzień – załatwianie wiz do Uzbekistanu. Od tego jak nam się uda załatwić wiele zależy bo już pojutrze (wieczorem) mamy bilety na pociąg do Barnaul (blisko stąd do Kazachstanu). Jeśli w ciągu dwóch dni nie uda nam się załatwić wizy to będziemy mieć problem. Ale zobaczymy.

30.07 2003r. Pierwsze co robimy, po śniadaniu to kierujemy nasze kroki do ambasady

Uzbekistanu. Potem planujemy zwiedzanie Moskwy. Na ambasadę przeznaczamy mało czasu no bo ilu ludzi może tam stać w kolejce aby coś załatwić ?. Jedynym „spowalniaczem” może być nasz rosyjski. Krótka jazda niezwykle sprawnym metrem, parę ulic do przejścia i jesteśmy pod ambasadą. Co by tu dużo mówić widok nas „lekko” zdziwił. Ambasada jeszcze zamknięta a kolejka ludzi jak u nas pod ambasadą amerykańską lub w „dobrych czasach” za karpiem na Wigilię. Super, zamiast Kremla pooglądamy sobie ambasadę z zewnątrz przez następne parę godzin ? Ale od czego mój wrodzony spryt. Chłopacy ustawiają się karnie w kolejce a ja tuż na początku kolejki i udaję, że nic nie rozumiem. Ludzie wypełniają jakieś papiery a my nic nie mamy. Po chwili wychodzi jakiś „łepek” więc go pytam o te papiery a on „a wy odkuda” my „Polsza” „wam nie nada, nada żdać”. Po chwili wychodzi i woła „Polsza wchaditie” szybko wołam chłopców i wchodzimy jak VIP na 15 min. przed otwarciem ambasady. Tłum stoi cicho i nic się nie buntuje. Jesteśmy uratowani. Dostajemy po dwa egzemplarze wniosków na wizę w j. angielskim szybko wypełniamy (pełno bzdur: nr telefonu do pracy, nr telefonu na uczelnię, kto wydał paszport?) na niektóre pytania dajemy odpowiedzi zmyślone, wklejamy 2 zdjęcia i płacimy po 50$ od osoby i po chwili mamy już paszporty z wizami. Musze zaznaczyć, że osoba nas obsługująca nawet nie spojrzała na te wnioski tylko dała pieczątki, włożyła je do szuflady i już wklejała wizy w paszporty. Nikt z osób nas obsługujących nie mówił po angielsku ale nam to nie przeszkadzało. Mamy całe dwa dni na Moskwę bo dopiero jutro wieczorem mamy pociąg. Plan Jakuba się udał, mamy wizy. Oby tak dalej. Zwiedzamy Moskwę ale to co jest do zobaczenia to każdy znajdzie w przewodniku więc nie będę na tym się skupiać.

Poszliśmy pod mauzoleum Lenina a tam tłumy ludzi w tym dużo turystów, Mateusz i ja rezygnujemy a Jakub jakoś wszedł bez kolejki i zobaczył wodza rewolucji. Nie można mieć ze sobą aparatów fotograficznych, nie wolno rozmawiać ani się zatrzymywać.

Plac Czerwony często zamknięty dla zwiedzających i tym razem także. Moskwa mimo wszystko nam się podobała choć jeszcze wiele chcielibyśmy tam zobaczyć.

31. 07 03 – zwiedzamy Moskwę, przejażdżka statkiem, wieczorem pakujemy plecaki i

opuszczamy gościnny kościół. Jedziemy na Dworzec Kazański. Tutaj mamy nasz pociąg o 20.08 do Barnaulu. Tłumy ludzi na peronach. Dworzec ładnie utrzymany tak jak wszystkie, które widzieliśmy na trasie naszej podróży. Moskwa ma chyba 9 takich dworców i wszędzie pewnie tyle ludzi. Nie wyobrażam sobie gdyby tam był tylko jeden dworzec ? W tłumie przeciskamy się do naszego wagonu, uważamy na nasze plecaki bo to teraz nasz cały dom na kilka tygodni. Nasłuchaliśmy się dużo o moskiewskich kieszonkowcach ale albo nie jest tak źle, albo mięliśmy dużo szczęścia. Do wagonu wpuszczają nas dwaj młodzi chłopcy, oczywiście sprawdzają nasze paszporty i to właśnie oni będą z nami jechać trzy dni przez Rosję. Mamy miejsca w wagonie „plackarty” tym razem ja z Jakubem mamy miejsca na górze a Mateusz też na górze ale w sąsiednim przedziale. Płacimy 90 rubli za pościel no i w drogę. Pociąg ruszył punktualnie. Wszystkie miejsca w całym wagonie zajęte. Niestety nasze okno „zakrytu na zimu” ale nie jest źle bo już wieczór. Zobaczymy co będzie dalej. Pełni optymizmu kładziemy się spać.

1 - 2 08 03 -cały czas w drodze. Z większych stacji jedziemy przez Kazań (stolica

Tatarstanu), Jekaterinburg, Tiumen, Omsk. W naszym przedziale jedzie z nami babcia z wnuczkiem, którzy spędzali wakacje w Moskwie. Atmosfera prawie rodzinna, jesteśmy częstowani smakołykami, prowadzimy rozmowy. Czas płynie szybko i nie narzekamy na nudę. W naszym wagonie jedzie też Ukrainiec z rodziną, który pracuje w Czechach oraz trochę w Polsce. Nie należy przed podróżą martwić się o żarcie bo na większych stacjach gdzie pociąg zatrzymuje się na dłużej, na peronie czeka wielu sprzedawców oferując produkty żywnościowe np. pyszne pierożki (1szt/5 rubli) . Można kupić jogurty, kiełbasy, owoce, chleb. W każdym wagonie na końcu znajduje się samowar z gorącą wodą więc można sobie robić herbatę i jeść chińskie zupki. Da się żyć. Z Moskwy do Kulundy 3 101 km. W czasie podróży czujemy się bezpiecznie, od czasu do czasu przez wagon przechodzi się milicja. Widoki z okna niezbyt ciekawe, pola, łąki trochę wzgórza, gdzieniegdzie z daleka widać wioski ale raczej krajobraz monotonny.

O godz. 23.50 (czasu moskiewskiego) jesteśmy w Kulindzie.

03.08 03 – czas lokalny 2.50 i należy szukać połączenia do Pawłodaru w Kazachstanie.

Niestety autobus, który przyjechał po paru minutach nas nie zabrał. Okazało się, że nie zabrał nas obcokrajowców bo swoich zabrał, którzy przyszli po nas. Pewnie nie chciał mieć ewentualnych problemów na granicy. Środek nocy a my w obcym miejscu stoimy jak sieroty. Decydujemy się na taksówkę za 40$. Z Kulundy do Pawłodaru jest 120 km. Pakujemy się z plecakami do samochodu i chyba to nie był zły pomysł bo facet okazał się pomocny na granicy. Trochę było nam żal tylu dolców ale nie mięliśmy pojęcia kiedy uda nam się stamtąd wyjechać i czy następny autobus (za 3 godz.) nas zabierze. Na granicy rosyjskiej małe zamieszanie bo pogranicznik pierwszy raz widzi polskie paszporty i nie wie co z nami zrobić. Musi czytać instrukcję. Nie może zrozumieć, że Mateusz ma inny paszport (stary) niż my. Dlaczego w moim paszporcie są dwie pieczątki AB a u chłopaków jedna. W moim paszporcie urzędniczka w wydziale paszportowym postawiła dwie pieczątki bo pierwsza była niewyraźna i żebym nie miała problemu na granicy postawiła drugą. A tu wyszło odwrotnie. Jakoś wszystko próbuję tłumaczyć i już wydaję nam się, że wszystko pomyślnie załatwiona a tu pytanie „a stempel w Moskwie dali” a my na to, że my w Moskwie „tolko tranzit” i jakoś się udało. Nie mięliśmy w Moskwie rejestracji a tego Ruscy się czepiają. Celnik tylko popatrzył na nasze plecaki i pyta się czy nie mamy broni ? Oczywiście, że nie i w drogę. Dojeżdżamy do granicy Kazachstanu, tutaj wpisują nas w jakieś rejestry (teraz już będzie tak przez cały kraj) sprawdzają paszporty i wizy dają stemple i jeszcze deklaracje celne, które pomaga nam wypełnić jeden celnik. Ja idę na drugą stronę ulicy po stemple a chłopcy ucinają sobie rozmowę z celnikiem. Jest zdziwiony co my robimy w tej części świata ? Było całkiem miło a i nasz taksówkarz wiedział gdzie iść i jak szybko wszystko pozałatwiać. Chwała mu za to. Ruszamy w drogę. Jest ciemno, droga fatalna, dziury, kierowca musi bardzo uważać ale na szczęście zna drogę i dobrze sobie radzi. Mam wrażenie, że jesteśmy jedynymi użytkownikami drogi, sporadycznie przejeżdża auto. Robi się coraz jaśniej i naszym oczom ukazuje się wszechobecny step. Wokoło tylko równina. Ten widok na nas działa przygnębiająco, żadnego punktu odniesienia, wszędzie płasko. Droga cały czas prosta, żadnych zakrętów, wzniesień. Po drodze mijamy tylko niewielkie osiedla. Zbliżamy się do Pawłodaru (około 400 tys. mieszkańców) gdzie mamy zamieszkać u Sergiusza, który jest synem Polaka, którego gościliśmy u nas w domu na Wigilię. Sergiusza znamy bo gościliśmy go w naszym domu w ubiegłym roku. Kierowca na szczęście zna miasto i bez problemu trafiamy pod blok Sergiusza. Jest godz. 6.45. Widok jaki zobaczyliśmy wokół bloku nas zszokował. Ubita twarda ziemia, pełno błota, żadnej zieleni, jakieś archaiczne połamane drzewa. Bloki podrapane, powybijane okna na klatkach schodowych, drzwi wejściowe z blachy, balkony zabudowane tym co kto ma lub znajdzie (deski, blacha, szkło, eternit i wszystko co można sobie wyobrazić). Ładnie się zaczyna. Żegnamy się z kierowcą a tu niespodzianka bo drzwi wejściowe zamknięte a nie ma żadnego dzwonka ani domofonu. Chyba to zmęczenie podróżą działa na nas tak dołująco. Chce nam się wracać do domu. Jak my tutaj długo będziemy siedzieć pod tym blokiem ?. Zaczynają kręcić się wokół nas jakieś podejrzane typy. Na nasze szczęście po chwili ktoś wychodzi z bloku i Jakub wszedł poszukać mieszkania Sergiusza. I tu następne zaskoczenie bo na drzwiach nie ma numerów mieszkań no i bądź tu mądry. Jakub najpierw trafił „na wyczucie” do sąsiada a później jest mieszkanie Sergiusza. Schodzą po nas, bierzemy plecaki a tu następne zaskoczenie, jeszcze nie widziałam takiej klatki schodowej, schodów raczej już nie ma tylko równia pochyła, szmaty ani miotły ta klatka nie widziała od czasu oddania jej mieszkańcom, pełno śmieci, ściany brudne, poobijane, winda nie działa (została spalona) na 7 piętro idziemy pieszo. Mamy dość. Wszystkie drzwi wejściowe do mieszkań dodatkowo zabezpieczone drzwiami ze stali. Wygląda to strasznie. Na szczęście mieszkanie Sergiusza czyste i schludne. Witamy się z żoną Sergiusza, Tatianą i synkiem Stasiem i marzymy tylko o kąpieli i spaniu. Kąpiel, lekki posiłek i do łóżka. Mamy nadzieję, że jak wypoczniemy spojrzymy na otaczającą nas rzeczywistość bardziej optymistycznie. Jest niedziela, tydzień od naszego wyjazdu. Po przebudzeniu krótki spacer po mieście.

4.08 03 – dzisiaj chcemy odwiedzić ciotkę Sergiusza, która mieszka w Aksu. Wcześniej

wymieniamy kasę ( 1$ = 146 TKZ ) bo chcemy kupić bilety na 6 sierpnia do Astany i dalej do Ałmaaty. Kantorów na szczęście dużo, czasami należy okazać się paszportem. Idziemy po bilety i tu pierwsza niespodzianka. Zaraz po podejściu do kasy i podaniu naszych paszportów (trzeba okazać się paszportem kupując bilet) podchodzi do nas dwóch młodych cywilów, legitymują się i „od kuda, pażałsta paszporty”. Adrenalina trochę nam podskoczyła, pokazujemy nasze paszporty, sprawdzają nasze wizy i rejestrację, której jeszcze nie mamy. Wiemy, że zameldować się musimy w ciągu trzech dni więc „spoko”. Pytają o rejestracje a my na to, że przyjechaliśmy dopiero wczoraj i dopiero chcemy to załatwić. Każą dopilnować zameldowania i oddają paszporty. Obyło się bez bólu. Tak już będzie przez cały czas pobytu w Kazachstanie, już później się do tego przyzwyczailiśmy i kontrole dokumentów nie robiły na nas wrażenia. Musimy jutro załatwić zameldowanie.

Marszrutką (minibusem) jedziemy do Aksu, jest ciepło ale nie upalnie. Po drodze widoki smutne, step, gdzieniegdzie biedne wioski, przy szosie stragany z owocami (najwięcej arbuzów – 1 duży arbuz = 1$ ) a właściwie to owoce leżą prosto na szosie. Przy wyjeździe z miasta rogatka z milicją ale nas nie zatrzymali. Większa część drogi dwupasmowa ale nawierzchnia w stanie fatalnym. Nasze drogi w porównaniu z ich drogami to luksus. Po drodze mijamy całe osiedla opuszczone, domy pozawalane, sterczą tylko konstrukcje metalowe. Wygląda to jak po wojnie. Dowiadujemy się, że mieszkali w tych domach albo Rosjanie albo Niemcy, którzy musieli opuścić Kazachstan. Taka jest teraz polityka rządu, że Kazachstan dla Kazachów. Skąd my to znamy ? Najbardziej nie lubiani są Rosjanie i to oni masowo wyjeżdżają. Aksu to miasteczko, które 35 lat temu zostało zbudowane w stepie ( jak wszystko) i robi przygnębiające wrażenie. Same obskurne bloki, żadnej zieleni i smutni ludzie. Ciotka na szczęście bardzo gościnna i wesoła. W pobliżu Aksu zlokalizowana jest wielka elektrociepłownia, której kominy strasznie dymią. Jak później dowiedzieliśmy się od Włodka (brata Sergiusza) nie ma tam żadnej oczyszczalni, wszystkie zanieczyszczenia idą do gleby lub w powietrze. To jest tragedia, wszelkie dopuszczalne normy zanieczyszczenia są przekraczane a i tak nikt tego nie bada. W pobliżu Pawłodaru były też prowadzone (za ZSRR) próby z bronią atomową więc skażenie bardzo duże. Na szczęście jest to bardzo mało zaludniony kraj i może nie wszystko udało im się zniszczyć. U Ciotki posłuchaliśmy trochę o życiu w Kazachstanie, poznaliśmy Jej córkę i wnuczka. Wszyscy chcą przyjechać do Pilski w ramach repatriacji ale co z tego będzie to się okaże ?

5.08 03 – chcemy załatwić zameldowanie ale miła pani w urzędzie OWIR informuje nas, że

dzisiaj urząd nieczynny i mamy przyjść jutro. Trochę to nam komplikuje jutrzejszy dzień bo chcieliśmy jutro jechać do Leona a do niego około 100 km drogi. Trudno najważniejsze jest zameldowanie i wiemy już, że to nic nie kosztuje. Nie wiemy tylko ile czasu nam to zajmie ? Cóż musimy poczekać do jutra.

Ciągle jesteśmy czymś zaskakiwani. Okazało się, że Jakub będzie dzisiaj chrzestnym na chrzcinach u Stasia syna Sergiusza. No cóż trudno nam odmówić ale na tą okoliczność nie jesteśmy zupełnie przygotowani. W kościele katolickim ( nowy ładny budynek ) we wtorek jest msza po polsku i na tej mszy jest chrzest. Drugą chrzestną jest Ciotka Sergiusza. Msze odprawia polski ksiądz Ryszard. W kościele jest parę biednych staruszek Polek, które zostały tutaj zesłane. Po mszy rozmawiamy z księdzem, dostajemy adresy do innych kościołów, w których pracują polscy księża i u których możemy szukać pomocy (np. noclegu). Poznajemy też braci Sergiusza i jesteśmy wieczorem zaproszeni do domu Włodka. Tam poznajemy prawie całą rodzinę, jesteśmy goszczeni jak ważni goście bo oni nas za takich uważają. Jest miło, stół suto zastawiony. Niestety żegnamy ten gościnny dom bo jutro rano musimy załatwić rejestrację no i wyjazd do Leona. Na nasze szczęście Włodek zobowiązał się, że nas na wieś zawiezie samochodem. Cieszy nas to bo autobusem byłoby bardzo długo a my nie mamy za dużo czasu bo wieczorem wyjeżdżamy.

6.08 03 – rano po śniadaniu szybko idziemy do OWIR. To co zobaczyliśmy przeszło nasze

najgorsze oczekiwania. Wszędzie tłumy ludzi chcących się zameldować. Skąd oni się tu wzięli ? Przecież my przez ten czas co tu jesteśmy jeszcze nigdzie nie słyszeliśmy innego języka niż rosyjski lub kazaski. Jak się okazało wszyscy mieszkańcy okolicznych byłych republik muszą się meldować a dużo ich tutaj przyjeżdża no bo mają tu rodziny i prowadzą na szeroką skalę handel. O tym się przekonamy jak będziemy jechać pociągiem. Znów spotykam tą miłą panią, która każe nam wypełnić druki ( 90 TKZ ) i przeciskam się przez tłum żeby chociaż zorientować gdzie jest początek tej kolejki. Z korytarza przechodzę do pokoju ( tutaj aż czarno od ludzi ) i dowiaduję się, że istnieje tutaj lista kolejkowa. Jedna baba stoi przy drzwiach, za którymi odbywa się rejestracja i po kolei woła nazwiska osób, które mogą wchodzić. Tragedia, gorzej niż w ambasadzie Uzbekistanu. Ja przeciskam się do drzwi, przepraszam po rosyjsku, chłopcy gdzieś stoją w tłumie i kiedy baba czyta nazwisko ja do niej mówię „my z Polszy” a ona na to „Polsza wchoditie”. I znów jestem dumna z posiadania polskiego paszportu, który dotychczas nam pomaga. Szybko chłopaki się przeciskają i już jesteśmy w pokoju gdzie dokonują rejestracji. Tam siedzi czterech ponurych mundurowych Kazachów, każdy za swoim biurkiem, podchodzimy do pierwszego wolnego biurka. Na biurku leży czapka wojskowa, wielkości takiej, że może tam lądować helikopter. Mundur i czapka to coś bardzo ważnego w Kazachstanie. Pytamy się mundurowego czy mówi po angielsku – „niet” . Daje nam jeszcze jakieś druki, wypełniamy, naklejamy zdjęcie, wpisuje nas w jakiś rejestr i już mamy „bumagi” z rejestracją. Ta rejestracja ważna jest przez cały nasz pobyt w Kazachstanie. Hura, udało się. Mamy prawie cały dzień na wyjazd do Leona. Dzwonimy do Włodka i jedziemy jego Audi na wieś. Podróż szybko przeleciała. Po drodze te same widoki co do Aksu. Wieś, w której mieszka Leon leży nad Irtyszem ale jest wyludniona i bardzo biedna. Mieszkają tu głównie starzy ludzie. Leon z żoną bardzo się ucieszyli z naszej wizyty. Dajemy im upominki, które przywieźliśmy z Polski, jesteśmy częstowani jakimiś miejscowymi smakołykami i oczywiście arbuzem. Czas szybko leci, czas wracać bo wieczorem wyjeżdżamy. Żal nam tych ludzi żyjących tak ubogo. Po powrocie do domu Sergiusza szybko pakujemy się i czas w drogę. Drugi brat Sergiusza – Leon odwozi nas na dworzec. Jedzie jeszcze raz po resztę rodziny tak, że na dworcu jest z nami kilka osób. Znów spotykamy tych cywilów, którzy nas kontrolowali ale tym razem do nas nie podchodzą choć nas widzieli. Pociąg do Astany już stoi na peronie więc żegnamy się ze wszystkimi i wsiadamy do pociągu. Oczywiście znów jest potrzebny paszport. Machamy wszystkim na pożegnanie przez okno i o 20.05 odjeżdżamy. Mamy miejsca w wagonie plackarte, my zajmujemy dwa miejsca na dole i jedno na górze. Drugie miejsce zajmuje jakiś miejscowy. Oczywiście wszystkie miejsca w wagonie zajęte. Czas spać.

7.08 03 – rano o godz.7.00 jesteśmy w Astanie stolicy Kazachstanu. Na dworcu „dopadają”

nas miejscowi taksówkarze ale my nie korzystamy z ich usług tylko idziemy pieszo. Chcemy dostać się do polecanego nam kościoła katolickiego gdzie pracuje polski ksiądz. Idziemy czystymi ulicami, wszędzie widać ludzi sprzątających ulice. Ładnie się zapowiada. Astana to nowa stolica Kazachstanu i widać, że tu ładuje się ogromne pieniądze zapominając, że kraj to nie tylko stolica. Ulice proste, krzyżują się prostopadle, brakuje tu klimatu. Raźno maszerujemy a tu w centrum niespodzianka, krzyki policji, ruch na ulicy zamiera i w oddali widzimy pędzący samochód eskortowany przez inne auta. Jakub bez namysłu wyjmuje kamerę i przez kilkanaście sekund filmuje ten samochód. Nagle słyszymy gwizdy, krzyki i nawet nie wiemy skąd przy nas jest już dwóch mundurowych. Podjeżdżają dwa policyjne samochody, wyskakują policjanci, wyrywają Jakubowi kamerę z rąk i szybko biegną z nią do auta. Ja za nimi. Nigdzie nie pojedziecie z naszą kamerą. Adrenalina podskoczyła. Jest już przy nas kilku policjantów, czujemy się jak przestępcy. Tylko na chwilę tracę głowę ale szybko umysł zaczyna pracować. Oni przez radiotelefon zgłaszają, że aresztowali „inostrańców”. Kłócę się o kamerę a oni na to, że tu nie można filmować ja, że tu nie ma żadnych napisów, kamerę mam zdeklarowaną i nikt nam nie mówił, że jest zakaz jej używania. Klnę po polsku jak popadnie a oni i tak mnie nie rozumieją. Przechodnie na ulicy szybko przechodzą i udają, że nie widzą całej tej sytuacji. Stoimy otoczeni policją i czekamy na „starszych”. Ja już panuję nad nerwami, co mogą nam zrobić ? Jakubowi tłumaczę, że filmowanie biorę na siebie. Gdyby chłopcy byli sami może trochę by się nad nimi „wyżywali” ale co mogą zrobić „starszej pani” ? Po około pół godzinie przyjeżdża osobowy elegancki samochód z ciemnymi szybami i wysiada dwóch młodych cywilów. Jeden Kazach i jeden Ruski. My do nich czy mówią po angielsku a oni, że po rusku. To okazało się skuteczną bronią mówić do nich po angielsku, bo oni tak jakoś zaraz czują się mniej pewnie i nie są tak ważni. Witają się z nami, czuję że jest już dobrze. Jeden z nich bierze kamerę, ogląda to co zostało nagrane i karze to zagrać. Drugi sprawdza nasze paszporty, notuje nasze dane w notesie, pyta się skąd jesteśmy ? Polska, my waszego gospodarza Kwaśniewskiego chronili. Przepraszają za kłopoty ale taki jest przepis i taka „nasza rabota”. Informują nas, że tym samochodem jechał prezydent. Jakie miłe spotkanie z prezydentem !!. Życzą nam miłej podróży, pouczają nas żebyśmy wyjechali z Kazachstanu wraz z upływem ważności wizy. Dłużej to my nie mamy ochoty tu pozostać. Dużo strachu ale wszystko dobrze się skończyło a mogło być różnie. Nic, plecaki na plecy i musimy gdzieś usiąść coś zjeść i odreagować. Nie mamy już ochoty szukać tego kościoła tylko chcemy gdzieś bezpiecznie zostawić plecaki żeby wygodnie pozwiedzać miasto. W pobliżu widzimy dość elegancki hotel. Tam niestety nikt nie mówi po angielsku i nie są zbyt mili. Rezygnujemy z ich usług i idziemy dalej. Z boku ulicy zauważamy jakiś bar i tam wchodzimy. Zamawiamy herbaty i jakieś pierogi. Pani nas obsługująca mówi „wy z Polszy”, tak oczywiście a ona, ja Polka. Ale spotkanie. Już niczego dobrego nie spodziewaliśmy się w tym mieście. Przyniosła nam jedzenie, usiadła z nami. Niestety nie mówiła po polsku, tylko po rosyjsku. Nigdy nie była w Polsce i jest urodzona w Kazachstanie. Jej dwaj synowie jeżdżą do Polski. Wymieniamy adresy, robimy sobie zdjęcie, może jeszcze się spotkamy ? Pytamy o kościół katolicki a ona na to, że zna księdza Polaka, i że zaraz do niego zadzwoni i spyta się czy nas przyjmie. Ksiądz czeka na nas. Posiłek dostaliśmy gratis, to dla Polaków. Odprowadza nas na przystanek autobusowy, wsadza do autobusu i mówi do kierowcy gdzie ma nas wysadzić. Było to bardzo miłe z jej strony. Wielkie dzięki. Kościół prezentuje się bardzo okazale. Jest nowy, ładnie utrzymany i to właśnie w tym kościele mieszkał Papież podczas pielgrzymki w Kazachstanie. Ksiądz na nas już czeka, wita się z nami i mówi „chyba żeście zwariowali, po co tu przyjechaliście ?”. Opowiadamy o tym niedawnym zdarzeniu a on na to, że mieliśmy dużo szczęścia bo mogło to się gorzej skończyć. Ksiądz zaprowadza nas do podziemi kościoła gdzie jest pokój z materacami dla turystów. Fajne miejsce, czysto i schludnie, zaraz chcielibyśmy tu pozostać ale niestety dziś wieczorem mamy pociąg do Ałma-Aty. Zostawiamy bagaże i idziemy do miasta. Po powrocie z miasta mamy obiecany obiad i rozmowę z księdzem. Miasto robi pozytywne wrażenie, wszędzie widać prace budowlane bo to przecież nowa stolica Kazachstanu. Widać, że prezydent buduje sobie miasto-pomnik. Jest to jednak miasto bez „klimatu”, tylko wszędzie nowe budynki, ulice krzyżujące się pod kątem prostym. Mimo to podoba nam się a największe nasze zdziwienie zrobił widok osób koszących trawniki bo dotychczas nie widzieliśmy nigdzie trawników a jeśli już to raczej ich pozostałości a tu dosyć, że są trawniki to jeszcze je koszą. Jak mało człowiekowi potrzeba do szczęścia !!. Zwiedzamy muzeum podarowane narodowi przez prezydenta. Poszliśmy tam z dwóch powodów, pierwszy bo tanio ( 230 Tkz od trzech osób ) i drugi powód to klimatyzowane pomieszczenia i można się było ochłodzić. Ważny jeszcze jeden powód – czyste kibelki. Cały parter muzeum poświęcony prezydentowi ( zdjęcia, medale, prezenty itd. ), skąd ja to znam ? Później w centrum miasta oglądamy budynki rządowe, ( z pewną rezerwa!! ) ambasady. Także tutaj wszędzie widać prace budowlane. Niestety zupełnie zapomniano, że kraj to nie tylko stolica. Robimy zakupy na drogę w małym markecie takim na wzór zachodni. Ludzi jednak mało bo dla miejscowych wszystko jest drogie ( zapłaciliśmy ok. 25 zł ). Idziemy do kawiarenki – całkiem ładnej na coca-colę ( 4 zł ). Jesteśmy głodni ale przecież mamy w kościele obiecany obiad. Odpoczywamy bo jest bardzo gorąco i powoli promenadą wzdłuż rzeki wracamy do kościoła. Tutaj czeka na nas pyszny obiad, jakaś zupa, mięso po francusku (później często spotykaliśmy to danie ale nigdzie nie było tak dobre ), ciasto, woda mineralna, soki, kawa, herbata. Da się żyć, wszystko znika z talerzy ale niestety ksiądz nie może nam poświęcić dużo czasu bo gdzieś go wzywają. Dziękujemy za gościnę, żegnamy się i jeszcze do wieczora zostajemy w pokoju. Korzystamy z prysznica, którego teraz bardzo potrzebowaliśmy. Czujemy się jak nowonarodzeni. Bierzemy plecaki i ze smutkiem opuszczamy to gościnne miejsce ( wszystkim turystom polecamy ). Czas w drogę. Udajemy się na dworzec autobusem ( 2 zł od trzech osób ). O 20.17 mamy pociąg do Ałma-Aty. Na dworcu pełno ludzi. Dworzec oczywiście w rozbudowie i przebudowie. Siadamy w poczekalni bo mamy jeszcze trochę czasu. Jak zwykle pełno kręcącej się policji. Kiedy nas zauważą ? Zostawiam chłopaków, bagaże i idę porozglądać się „pozwiedzać” dworzec. Widzę budkę telefoniczną a raczej „klitkę”, w której siedzi baba i łączy rozmowy telefoniczne. Pytam o cenę rozmowy do Polski – drogo, rezygnuję. W kiosku pytam o mapy, widokówki lub przewodniki po Kazachstanie, niczego takiego nie mają. To nie pierwsze miejsce gdzie usiłuję coś kupić o tym kraju ale nigdzie nic takiego nie ma. To im jeszcze nie potrzebne bo turystów jeszcze nigdzie nie spotkaliśmy. Jakiś facet zainteresował się tym o co ja pytałam i usiłuje mi pomóc. Na wiadomość, że jestem z Polski ucieszył się bo był w Polsce. Pytał się czy nie jestem z Katowic bo on był na Śląsku. Tutaj często spotykamy ludzi, którzy byli w Polsce i dużo wiedzą o naszym kraju. Tacy zwykli ludzie są uczynni i życzliwi. Wracam do chłopców i co widzę ? znów kontrola dokumentów. Teraz taka poważna kontrola, trzech mundurowych i jeden ich kierownik, którego nie widać spod czapki. Ten kierownik sprawdza dokumenty a pozostałych trzech się przygląda. Kierownik jest bardzo dokładny, paszport, zameldowanie, deklaracje celne. Wszystko ogląda. Nawet podusił nasze plecaki. Robili wrażenie bardzo służbowych ale byli mili i bardzo ciekawi. Skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, jak długo tu będziemy? Ja oczywiście narzekam, że ciągle nas kontrolują, marudzę, że jak przyjadą do Polski to nikt ich nie będzie kontrolował ? Oni na to, że takie są przepisy. Byli jednak mili, życzyli przyjemnej podróży. Mamy wrażenie, że oni nas kontrolują bardziej z ciekawości niż z obowiązku. Idziemy do pociągu. Oczywiście przed wejściem do wagonu kontrola paszportów i biletów. Tym razem jedziemy w wagonie „kupe”, jest to taki przedział jak nasze kuszetki tylko z czterema osobami. W naszym przedziale na dole jest pani z dwójką małych dzieci, ja z Jakubem na górze a Mateusz na górze ale w sąsiednim przedziale. Tutaj już dużo Kazachów, na północy było więcej Ruskich. Pociąg odjeżdża punktualnie i tu niespodzianka, mamy klimę w wagonie. Och, jaka ulga, co za luksus. Prowadnica przyszła po mnie żebym pomogła jej wpisać nasze dane do zeszytu, który chyba jeszcze pamiętał Stalina. Oni ciągle w jakieś zeszyty wpisują nasze dane. Niech im będzie. Wracam do przedziału, paszporty już mamy czas układać się do snu. A tu znów przychodzi prowadnica i chce od każdego 200Tkz ( około 5 zł ) i nie wiem na co bo pościel już mamy. Miałam jej się spytać przy wysiadaniu z wagonu ale zapomniałam, a szkoda. Jednak jeszcze nie dane nam jest spać bo znów kontrola dokumentów, tym razem jednoosobowa. Na tym koniec niespodzianek, idziemy spać.

8.08 03 - pociąg sunie przez kazaskie stepy. Krajobraz monotonny. Na większych stacjach

można u miejscowych zaopatrzyć się w żywność (owoce, picie, wędliny, pierogi ). Tu już pachnie egzotyką. Jakub próbuje trochę filmować ale tu za bardzo nie ma co. Jedziemy wzdłuż jeziora które w połowie jest słone w połowie słodkie. Tutaj oczywiście zaraz na peronach pokazują się w sprzedaży ryby. My nic nie kupujemy bo nie mamy takiej potrzeby ale jesteśmy poczęstowani przez nasza towarzyszkę podróży czymś co przypomina melona. Okazuje się to bardzo smaczne, będziemy później często to kupować. O 17.30 jesteśmy w Ałma-Acie. Tutaj też chcemy dostać się do polecanego nam kościoła katolickiego. Jakimś busem podjeżdżamy pod szukany kościół ale tym razem opuszcza nas szczęście, nie ma nikogo z Polski bo gdzieś wszyscy wyjechali i wrócą bardzo późno. Co za pech. Nie możemy ryzykować bo jest późno i gdyby okazało się, że nie ma noclegu to co nocą zrobimy w tym mieście ?. W kościele spotykamy jednak kogoś z Polski. Jest to młody zakonnik z okolic Poznania czyli nasz krajan. Rozmawiamy z nim ale on niestety nie może wyrazić zgody na nasz pobyt bo sam tu jest tylko na takiej praktyce, jest bardzo krótko i o niczym nie decyduje. No trudno, fajnie było sobie pogadać z Polakiem. Idziemy szukać hotelu. Po drodze wstępujemy do jakieś knajpy gdzie muzyka rozkręcona „do oporu”. Jesteśmy głodni, zamawiamy coś do jedzenia ( 1010 Tkz ± 28 zł ) Głośna muzyka będzie nas prześladować przez cały pobyt w Azji. Według nich to im głośniej tym lepiej. Niestety często ta muzyka może człowieka wykończyć. Od kelnerki dowiadujemy się, że w pobliżu jest tania gostinica. Idziemy, rzeczywiście jest blisko i bez problemu mamy nocleg ( około 43 zł od trzech osób ). Może być. W korytarzu siedzi mundurowy ale nie zwraca na nas uwagi, aż nas to dziwi. Mamy pokój pięcioosobowy ale jesteśmy sami. Łazienki i kibelki wspólne ale nawet całkiem przyzwoite. Jest ciepła woda i można się wykąpać. Jesteśmy trochę już zmęczeni więc po kąpieli idziemy spać.

9.08 03 – nocleg spokojny tylko bardzo wcześnie rano zostaliśmy obudzeni bo pod naszymi

oknami znajduje się targ i zjeżdżają się handlarze z towarem. Wszyscy są bardzo głośni, krzyczą a trąbienie to zwykła rzecz. Niestety nie da się spać. Okna nie można zamknąć bo duszno ale i tak to nic nie daje. No cóż takie są uroki podróżowania. Wstajemy i udajemy się do miasta. Chcemy poszukać biura turystycznego, które przysłało nam zaproszenie żeby dowiedzieć się trochę o miejscach, które chcemy odwiedzić. Niestety straciliśmy tylko pieniądze na autobusy a biura jak nie ma tak nie ma. Mają zmieniony adres. Jedziemy pod nowy adres a tu okazuje się, że biuro mieści się w zwykłym mieszkaniu w bloku bez żadnej informacji, że tu się znajduje. Trafiliśmy tam tylko dlatego, że akurat spytaliśmy kobietę, która mieszka w mieszkaniu obok tego biura. Niestety biuro nieczynne i nie ma żadnej informacji kiedy będzie otwarte. Tutaj naprawdę stawiają na turystykę ??? Szkoda, że tyle na to straciliśmy czasu ale właściwie to nie ma czego żałować bo pojeździliśmy sobie po mieście, to miast nie ma wiele do pokazania. Proste, długie ulice krzyżujące się pod kątem prostym, niska zabudowa miasta ( obawa trzęsienia ziemi ), aż trudno uwierzyć, że nie tak dawno była to stolica Kazachstanu. Jedno co jest warte obejrzenia to widoczne w pobliżu góry. Myśleliśmy, że tak bliskie sąsiedztwo gór przyciąga tu masy turystów ale my nie spotkaliśmy żadnych. Z rozmów z miejscowymi wynika, że jednak trochę turystów tu już przyjeżdża bo widząc nas z plecakami to pytali się czy jesteśmy alpinistami. Znajdujemy taki miejski ośrodek rekreacji a w nim kafejkę internetową ( zapłaciliśmy około 6 zł ), piszemy do domu i znajomych niech wiedzą, że jakoś dajemy sobie radę. Wymieniamy dolary bo potrzebujemy pieniędzy na jeszcze jeden nocleg i już na jutrzejszy dzień bo chcemy jechać jutro do Kirgistanu. Wszędzie dużo kantorów i kurs w zasadzie jednakowy. Chłopaki decydują się na wjazd kolejką na pobliską górę (1 100 m n.p.m.) za około 10 zł. skąd rozpościerają się wspaniałe widoki na góry. Ja pozostaję na dole coś nie mam ochoty na przejażdżkę. Wracamy do hotelu. Ja z Jakubem decydujemy się pojechać wieczorem na dworzec autobusowy skąd odjeżdżają autobusy do Biszkeku. Chcemy zorientować się w odjazdach autobusów i w cenie. Okazuje się, że dworzec jest blisko naszego hotelu. Na dworcu tłumy ludzi ( gdzie oni tak jeżdżą ? ), zaraz zostajemy „napadnięci” przez kierowców, wszyscy chcą z nami jechać. Najpierw spokojnie rozglądamy się i wszędzie pytamy o cenę. Nasze zaufanie budzi kierowca busa, który mówi, że jutro rano jedzie do Biszkeku i może nas zabrać nawet spod naszego hotelu. Umawiamy się, że sami jutro rano tu przyjdziemy i pewnie z nim pojedziemy. Wracamy do hotelu, nocleg podobny do wczorajszego, wcześnie rano hałas z pobliskiego targowiska.

10.08 03 – rano szybki posiłek w pobliskim barze ( coś na wzór naszego baru mlecznego ).

Jedziemy autobusem na dworzec, jak zwykle pełno taksówek, autobusów minibusów i Bóg wie jeszcze czego, każdy oferuje „dobrą” cenę. My jednak spotykamy „naszego” wczorajszego kierowcę busa i z nim zabieramy się do Biszkeku (to już Kirgistan ). Cena za trzy osoby 1 500 Tkz czyli około 40 zł. O 9.40 odjazd. Oczywiście wszystkie miejsca zajęte, jest dość ciasno ale da się wytrzymać. Kierowca pędzi na złamanie karku, droga dwupasmowa ale dziury okropne. Mam wrażenie, że kierowcy zupełnie nie obchodzi stan techniczny samochodu. Siedzimy na końcu i czujemy niejednokrotnie jak podwozie trze o asfalt. Nam to nie przeszkadza, obyśmy tylko dojechali do celu. Kierowca to miejscowy elegant z „pięknymi” złotymi zębami. Obok mnie siedzi młoda elegancko ubrana dziewczyna, która bez skrępowania wyrzuca przez okno wszystko co jej nie jest już potrzebne, papierki od cukierków, gumę do żucia, butelkę plastikową po wodzie. Tak niestety robią wszyscy więc można sobie wyobrazić jak wygląda pobocze drogi. Przy wyjeździe z miasta oczywiście szlaban z policja. Do naszego samochodu wchodzi bardzo ponuro wyglądający Kazach. Dokumenty pokazać, jak spojrzał na Mateusza „od kuda ?, paszport. Sprawdza nasze dokumenty ale nie ma do czego się przyczepić. W naszym busie była kobieta, wyglądająca na Rosjankę, która nie miała prawdopodobnie meldunku więc zabrał ją ze sobą do swojej budki ale po chwili wróciła i jechaliśmy dalej. Później dowiedzieliśmy się, że jeśli nie masz odpowiednich dokumentów to dajesz łapówkę i jedziesz dalej. Chyba jednak od nich czegoś się nauczyliśmy ?. Ja po drodze mam problemy żołądkowe ale jakoś docieram do parkingu gdzie są tureckie kibelki a raczej ich podobieństwo. Trudno nie ma wyjścia trzeba sobie radzić. Wyjmuję z plecaka apteczkę i zażywam odpowiednie medykamenty. Jest lepiej. Bez problemów docieramy do granicy. Wszyscy pasażerowie busa szybko przechodzą granicę a my jak zwykle jesteśmy odnotowywani w jakieś zeszyty. Przejście jest nowe i wygląda całkiem nieźle. Maja nawet komputery i trochę nowoczesnego sprzętu do kontroli bagaży. Bez problemu przepuszczają nas dalej. Kazachstan żegnamy bez większego żalu. Jest to kraj, który w podróżach należy traktować jako kraj tranzytowy i jechać dalej ( to nasze zdanie ). Turyści nie są tu mile widziani i my przez te parę dni nie spotkaliśmy żadnego obcokrajowca i żadnej osoby mówiącej po angielsku. Teraz strona kirgiska. Tutaj już prymitywne przejście. Straż graniczna siedzi w takiej przyczepie. Zabierają nasze paszporty i każą czekać. Po chwili wracają i każą jechać. My chcemy pieczątki w paszporcie ( Polacy nie muszą mieć wiz ) i deklaracje celne „ nie nada „ No cóż robić wsiadamy do auta i jedziemy dalej. Trochę nas to martwi bo po przejściach w Kazachstanie jesteśmy już trochę wyczuleni na papierki. Zobaczymy co będzie dalej ? Po 4 godz. dojeżdżamy do Biszkeku (dawna nazwa Frunze ) stolicy Kirgistanu. Jak zwykle jesteśmy „oblężeni” taksówkarzami, wybieramy młodego chłopaka, który okazuje się byłym wojskowym. Chcemy jechać jak zwykle do kościoła katolickiego, który został nam polecony przez osoby, które tam były. Kierowcy płacimy 126 som ( 1$ = 42,6 som ). Kościół okazuje się bardzo skromny w stosunku do pozostałych, które wcześniej odwiedziliśmy. Właściwie kościół to zwykły dom, w którym wyburzono ściany wewnętrzne. Plebania obok bardziej niż skromna. Ksiądz wita nas serdecznie i każe poczekać w kościele. Cierpliwie czekamy a tu przychodzi inny ksiądz i nam oznajmia, że nie możemy liczyć na nocleg bo już są tu alpiniści z Polski a oni nie maja więcej miejsca. Przykro nam bardzo bo już mieliśmy nadzieję na nocleg a tu będzie trzeba jechać do miasta ( kościół znajduje się na peryferiach ) i czegoś szukać do spania. Ze smutkiem żegnamy się z księdzem i autobusem za 15 som jedziemy do centrum. Pierwsze to szukanie noclegu. Mamy adresy polecone przez turystów i tam się udajemy. Niestety klapa, w pierwszym hotelu nie ma miejsc a i baba w recepcji wredna więc może to i dobre. Plecaki wydają nam się bardzo ciężkie, jest bardzo gorąco i już zmęczenie daje znać. Dwie ostatnie noce nie były zbyt komfortowe. W centrum miasta zauważamy pierwszych turystów od naszego wyjazdu. Mateusz biegnie w ich kierunku a i oni uradowani są na nasz widok. Okazuje się, że to francuskie małżeństwo, które także szuka noclegu. Wymieniamy parę zdań i każdy idzie w swoją stronę. Mamy następny hotel i są wolne miejsca. Jesteśmy uradowani bo to centrum i wszędzie blisko. Hotel nazywa się „Semetej” Tylko cena niezbyt zadawalająca. Płacimy za 3 osoby 945 som czyli około 30 zł od osoby. To dla nas jest drogo. Pokój jednak okazuje się bardzo przytulny, z aneksem wypoczynkowym i łazienką. To już prawdziwy luksus. Jest ciepła woda. Teraz już nie żałujemy, że zdecydowaliśmy się tu zanocować. Kąpiemy się, ja robię pranie ( nareszcie ) i idziemy do miasta. W recepcji spotykamy następnych dwóch turystów z Francji no i oczywiście też tych, których spotkaliśmy w mieście – też tu nocują. Najpierw cos do jedzenia. Jemy całkiem niezły obiad i popijamy go piwem. Płacimy niecałe 20 zł od trzech osób. Da się żyć, oby tak dalej. W centrum miast na głównym placu widzimy towarzysza. Dzielnie spogląda na pobliskie góry. Później spotkamy jeszcze wiele pomników Lenina a najbardziej zdziwią nas te koloru srebrnego. Robimy sobie zdjęcie pod pomnikiem, taki pomnik trzeba uwiecznić. Spacerujemy po mieście, które robi miłe wrażenie. Dużo parków i zieleni. Wszędzie widać spacerujących ludzi. Czujemy się o wiele lepiej niż w Kazachstanie. Spotykamy od czasu do czasu turystów. Jest ich mało ale są. Pozytywnie nastawieni wracamy na nocleg. W hotelu bardzo miła obsługa. Jutro mamy parę spraw do pozałatwiania więc czas spać.

11.08 03 – po dobrze przespanej nocy idziemy do miasta na śniadanie, wymieniamy 100$ i

dopiero przy śniadaniu przeliczam pieniądze, które dostałam w kantorze. Dostałam same drobne więc kupa kasy do liczenia a kantor to okienko przy ulicy więc niezręcznie się czułam przy wymianie. Liczę a tu niespodzianka brakuje 1 000 som czyli około stówki. Jestem wściekła na swoją głupotę, że tak się dałam wrobić ale nie daję za wygraną, wracam do kantoru. Kładę facetowi kasę i mówię, że brakuje 1 000 som ( nie mam żadnego dowodu wymiany pieniędzy ) a on patrzy na mnie, wyciąga szufladę z kasą i kładzie mi 5 razy po 200 som nic nie mówiąc. Ucieszyłam się bardzo choć nie wierzę w jego uczciwość. Jestem pewna, że doskonale pamiętał, że mnie oszukał ale, tak sądzę, bał się ewentualnych problemów z cudzoziemką a to przecież państwo policyjne. Najważniejsze, że odzyskałam kasę. Mam nauczkę na przyszłość żeby nie wymieniać dużej kwoty dolarów no i, że pieniądze należy przeliczyć. Humor mi się poprawił. Dzisiaj chcemy się zameldować, ten obowiązek Polaków też dotyczy. Niestety nic nie załatwiliśmy i musimy iść jutro to załatwić ale odsyłają nas do innego urzędu. Trudno strata dnia ale po przejściach w Kazachstanie nie odważymy się nie zameldować. Bierzemy drugą noc w hotelu ale już płacimy mniej 844 som. Idziemy do ambasady irańskiej po wizy. Chcemy najpierw załatwić sobie wizy tranzytowe do Iranu a później w Taszkiencie starać się o wizy tranzytowe do Turkmenistanu. Ambasada irańska znajduje się w centrum blisko naszego hotelu. W ambasadzie pusto nie widzimy żadnych osób ubiegających się o wizy ( nie to co w Moskwie ). Niestety nie możemy nic załatwić bo nie ma konsula a pracownik ambasady nie potrafi udzielić nam żadnych informacji. Każe przyjść za dwie godziny. Udziela mi tylko radę, że na widzenie z konsulem muszę być stosownie ubrana tzn. nakryta głowa, długie rękawy i zakryte nogi. Jestem na to przygotowana, mam nawet zdjęcia z nakrytą głową bo w Ambasadzie Irańskiej w Warszawie też nie potrafili mi udzielić informacji czy ubiegając się o wizę poza Polską zdjęcie musi być z nakrytą głową ? Na wszelki wypadek takie zdjęcia też sobie w Polsce zrobiłam żeby nie mieć problemów. Teraz ubiegając się o wizę irańską w Polsce nie musi kobieta mieć na zdjęciu nakrytej głowy ( dawniej istniał taki obowiązek ). Po wyjściu z ambasady idziemy na obiad do fajnej knajpki za 300 som od trzech osób. Jedzenie smaczne. W czasie posiłku zaczynamy się zastanawiać czy nas stać na tak daleką podróż przez Turkmenistan, Iran i dalej Turcja ? Bierzemy pod uwagę kasę i czas trwania takiej podróży. Wiemy, że w Polsce musimy być najpóźniej 10 września. Czy starczy nam na to wszystko co chcemy przejechać czasu i forsy ? Mnie dodatkowo przeraża klimat w jaki mamy jechać. Tutaj jest już bardzo gorąco a co będzie dalej jak będzie jeszcze cieplej no i dodatkowo to pełne ubranie ? Dyskusja jest gorąca i decydujemy się popatrzeć w biurach za samolotem do Turcji. Wtedy odpadają nam dwa najbardziej gorące państwa a jest środek lata. Na szczęście Kirgistan to nie Kazachstan i tutaj widać dużo przewoźników europejskich i miejscowych. Trochę pochodziliśmy po różnych biurach ( wszędzie dobra obsługa ) i w końcu zdecydowaliśmy się na lot z Biszkeku do Istambułu na 4 września, kirgiskie linie IATA. Cena biletu 666$ od trzech osób. Kupa forsy. Żałujemy, że ominiemy te dwa państwa ale przeliczyliśmy się czasowo. Cóż może za rok ? Chcieliśmy lecieć do Turcji z Taszkientu ale ceny stamtąd są dużo wyższe. Szkoda bo będziemy musieli się z Uzbekistanu cofnąć jeszcze raz do Kirgistanu ale na szczęście nie musimy mieć wiz więc to żaden problem. Nie mamy innego wyjścia tylko samolot bo nie możemy wracać tą samą droga co przyjechaliśmy bo do Kazachstanu mieliśmy tylko wizę jednokrotną. Zresztą już drugi raz nie chcę przez ten „przyjazny” kraj jechać. Nie wracamy już do Ambasady Irańskiej i idziemy świętować nasz kompromis do bardzo uroczej kawiarenki przy ambasadzie. Stoliki rozstawione w ogródku, zacienione, stoliki i fotele (wyściełane ) wiklinowe. Obsługa europejska. Tutaj widać samych obcokrajowców bo ceny wysokie, kawa prawie 5 zł. Ostatnio piłam kawę w Moskwie. Też była dobra. Kupujemy arbuza i melona, które teraz będą często naszym posiłkiem, są smaczne i tanie ( duży arbuz i melon 5 zł). Niestety dużo kasy idzie na butelkowaną wodę mineralną, butelka 1,5 – 2 l to koszt około 2 zł. Jest bardzo gorąco więc należy dużo pić a wody z kranu nie mamy odwagi próbować. W hotelu gotujemy sobie wodę, robimy herbatę i po ostudzeniu pijemy ( do tego używamy wody z kranu ). Wracamy do hotelu. Robimy plany na dzień jutrzejszy. Najważniejsze to meldunek i szybko dalej w drogę.

12. 08 – rano robię z Mateuszem zakupy na śniadanie ( 68 som ). Tutaj kupujemy lepioszki

( taki upieczony bez drożdży chleb ) jogurty, miód i do tego arbuz. Tani ale smaczny posiłek. Po śniadaniu idziemy do urzędu tzw. OWIR zameldować się. Jest trochę ludzi ale szybko i sprawnie to załatwiamy za 150 som od trzech osób. Trochę się tej rejestracji baliśmy bo w paszportach nie mamy żadnego dowodu, że wjechaliśmy do Kirgistanu ale bez zbędnych pytań panienka wbiła nam stosowną pieczątkę do paszportów. Teraz czujemy się już pewnie bo milicja tutaj też na każdym kroku. Chcemy kupić jakieś pamiątki dla siebie i znajomych bo w Kazachstanie nic takiego nie widzieliśmy a nie wiemy co będzie dalej ? Idziemy do CUM – taki duży dom towarowy wzorowany na moskiewskim GUM. Tutaj mały szok, czujemy się jak w naszych dużych centrach handlowych. Pełno towarów z Europy i reszt świata. Prawie wszystko można kupić ale ludzi niewiele bo ceny też europejskie. Na pierwszym piętrze pełno stoisk z pamiątkami. Wszystkie bardzo ładne i wiele rzeczy praktycznych i orientalnych (dywany, rękodzieło, tradycyjne czapki itd. ) ale ceny bardzo wysokie. Nie robimy żadnych zakupów tylko się orientujemy w cenach bo może gdzieś dalej będzie taniej a jak nie to tu jeszcze wrócimy. Na parterze znajduje się oddział miejscowego banku i idę się dowiedzieć czy gdzieś mogę wyjąć pieniądze z karty VISA ? Nigdzie nie widzieliśmy bankomatów. Okazuje się, że tu mogę pobrać pieniądze. Od razu decyduję się na 100$ ale odbiorę w miejscowej walucie. Młoda panienka z „pięknym” złotym uzębieniem bierze moją kartę i paszport i coś tam wystukuje w komputerze i po chwili wręcza już pieniądze. Ucieszyłam się z tej wymiany bo obawiam się, że może nam nie starczyć gotówki a nie wiem czy gdzieś dalej będzie można z karty wybrać pieniądze (oczywiście nie myślę o Turcji ani o Europie ). Wracamy do hotelu. Trochę odpoczywamy i się chłodzimy w wannie bo hotel nie ma klimatyzacji. Ja z Jakubem decydujemy się jechać na targ skąd odjeżdżają „taksówki” do Osz żeby na jutro rano móc tam pojechać i mieć pewny transport. Na targu to już prawdziwy wschód. Pełno ludzi, każdy handluje tym co ma, hałas, smród smażonych szaszłyków. Idziemy na postój „taksówek”. Tutaj pewne wyjaśnienie. Taksówki w Azji Środkowej to nie to samo co w Europie. Tutaj każdy samochód to taksówka. Oni maja taki zwyczaj, że jak gdzieś jadą to wcześniej szukają sobie osób chcących jechać w tym kierunku i podróż im się zwraca lub jeszcze zarabiają ( szczególnie na obcokrajowcach ). Każdy samochód można zatrzymywać w dowolnym miejscu ( na krótkie trasy ). Po długich targach dogadaliśmy się z kierowcą audi. Jurto rano jedzie on ze swoim kolegą do Osz i zabierze nas sprzed naszego hotelu. Cena przejazdu 2 000 som od trzech osób. Jesteśmy umówieni. Wracamy do hotelu i razem z Mateuszem idziemy jeszcze pospacerować po mieście. Odwiedzamy pocztę i wysyłamy widokówki do znajomych. Spośród widokówek nie ma co wybierać ale ważne, że są nie tak jak w Kazachstanie. Kartki niezbyt ciekawe ale najważniejsze, że udało się nam je kupić. Przy pomniku Lenina słyszymy język polski. Coś niesamowitego, pierwszy raz od naszego wyjazdu. Okazuje się, że są to Polacy ale z ...Australii. Rodzice przyjechali ze swoim synem, który ożenił się w USA z dziewczyną z Kitgistanu a teraz wszyscy odwiedzają jej dom rodzinny. Już jurto stąd wyjeżdżają. My cieszymy się, że możemy sobie z rodakami pogadać, oni pewnie też. Wracamy do hotelu bo jutro wcześnie rano musimy wstać, przed nami 750 km drogi. Cieszymy się, że to miasto jeszcze stanie na trasie naszej wędrówki bo dobrze tu się czujemy.

13.08 03 – rano punktualnie o 7.00 opuszczamy gościnny hotel. Nasze auto już na nas czeka.

Ładujemy plecaki i wsiadamy do środka. Za bardzo wygodnie to nam nie będzie bo trzy dorosłe osoby z tyłu przez tyle godzin to trochę dużo. Tutaj nie spotyka się samochodów z jedną osobą lub z dwoma. Samochód osobowy jest tylko z nazwy, to raczej ciężarówka. Widzieliśmy tak załadowane samochody, że zastanawialiśmy się jak one w ogóle mogą się poruszać ( 6-7 osób, bagaże, skrzynie ). Nasi kierowcy tankują paliwo i w drogę. Okazuje się, że jeden z kierowców mówi po rosyjsku a drugi tylko po kirgisku. Jak później się okazało młodzi już nie uczą się rosyjskiego więc rosyjski powoli zaniknie. Fajnie było słuchać jak między sobą rozmawiają. Nie zrozumiesz ani słowa. Wyjeżdżamy z miasta i na drodze wyjazdowej (dwupasmowej) zostajemy zatrzymani przez milicję ( tu jest milicja ). Okazało się, że kierowca jechał za szybko. My już pomyśleliśmy, że z naszego powodu ale nami milicja się nie interesuje. Kierowca szybko wraca i mówi bez skrępowania, że trzeba dać łapówkę i można jechać dalej. Jest to zwyczaj ogólnie przyjęty o czym niejednokrotnie się jeszcze przekonamy. Zjeżdżamy z drogi dwupasmowej na południe. Przed nami góry. Droga dobrze utrzymana, widać, że niedawno była remontowana. Nagle gwałtownie wjeżdżamy w góry. Opłata za przejazd – płaci kierowca. Jedziemy bardzo wąskim wąwozem a wokół wysokie góry. Czuje się chłód bo tu głęboki cień. Widoki niesamowite, próbujemy to filmować ale nasz kierowca mówi, że dalej będzie jeszcze ładniej. Po drodze mijamy pasterzy jadących na oklep na koniach, pędzą stada owiec. Owce idą całą szerokością drogi, nikt nie trąbi i nikogo to nie denerwuje, to zwykli użytkownicy drogi. Ruch niewielki, żadnych zabudowań, robi się coraz wyżej. Kierowcy zatrzymują się przy strumyku na krótki odpoczynek i na napełnienie swoich butelek wodą. Oni biorą wodę do picia prosto ze strumyka bo twierdzą, że jest czysta i, że nadaje się do picia. Proponują nam to samo. My jednak nie mamy odwagi tego uczynić, na drogę zaopatrzyliśmy się w zapas wody do picia. Woda butelkowana ma cenę podobną jak w Polsce więc jest droga a tym bardziej dla nich. Mieliśmy już małe problemy żołądkowe więc nie będziemy ryzykować. Droga stromymi serpentynami wije się w górę, jej nawierzchnia jest w bardzo dobrym stanie i wszędzie barierki ochronne. Chłopaki nas informują, ze droga ta jest po remoncie ale niestety nie cała jest w tak dobrym stanie. Często zatrzymujemy się, robimy zdjęcia filmujemy i podziwiamy widoki. Brak słów żeby opisać urok tych gór. Za każdą przełęczą zmieniają się widoki. Cały czas ostro pod górę, adrenalina rośnie. Dziwi nas, że nasi kierowcy też robią sobie dużo zdjęć. Czyżby byli tu pierwszy raz? Na moje pytanie mówią, że wielokrotnie. Wjeżdżamy na najwyższą przełęcz na naszej trasie 3 200 m n.p.m. Jeszcze tak wysoko nigdy nie byliśmy. Jest tutaj parę zabudowań gospodarskich, pasą się owce, krowy, konie. Czuję się jak na Kalatówkach tylko nie ta wysokość. Jest miłe rześkie powietrze. Przed nami tunel długości 3km. Adrenalina podskoczyła ale spokojnie przejeżdżamy. Po wyjeździe zupełnie inne widoki. Całkowicie inna kolorystyka gór i tak będzie przez całą drogę. Góry zmieniają barwę od prawie białej przez żółtą, brązową do czarnej. Moje słowa tego nie oddadzą więc szkoda słów to trzeba zobaczyć. Dojeżdżamy do tamy na rzece, która wije się w dole i teraz pojedziemy wzdłuż szerokiej rzeki. Zjeżdżamy w dół i zbliżamy się do jeziora zaporowego Toktogul, które musimy okrążyć. Mijamy już po drodze wsie i miasteczka. Znów wjeżdżamy w szeroką zieloną dolinę. Tutaj przy drodze mijamy jurty. Kirgizi wracają latem do swoich dawnych upodobań a zimą wracają do domów w miastach i na wsiach. Przy drodze można zaopatrzyć się w kumys, którego jednak nie mamy ochoty próbować. Obok jurt pasą się kozy, owce, stoją samochody. Dolina ciągnie się kilometrami. Bardzo mały ruch samochodowy, spokój i sielskie widoki. Powoli znów wspinamy się w góry a potem w dół. Droga znacznie się pogorszyła a właściwie można powiedzieć, że jej nie ma wcale. Pod kołami tylko piach i kamienie. Kurzy się niemiłosiernie. Mijamy następne dwa krótkie tunele ale już w dużo gorszym stanie niż ten pierwszy. Zmęczenie daje znać o sobie. Po drodze zjedliśmy w przydrożnej knajpie obiad za 150 som ( 5 zł od osoby ). Powoli opuszczamy góry i wjeżdżamy w teren rolniczy. Mijamy pola uprawne. Na polach zboże, arbuzy, ziemniaki no i bawełna. Przy drodze mijamy stragany z owocami ( arbuzy, melony, pomidory), na których kupujemy arbuza, melona i coś co nie wiemy jak się nazywa. Będziemy mieć na kolację. Po 13 godzinach docieramy do Osz drugiego wielkiego miasta Kirgistanu. Teraz marzymy tylko o noclegu. Miasto wygląda obskurnie, ulice dziurawe, kurz, walające się śmieci. Docieramy do pierwszej lepszej gostinicy i bierzemy nocleg. Rozstajemy się z miłymi kierowcami, płacimy 2 000 som czyli około 200zł za 750 km, jechaliśmy 13 godzin. Mamy pokój za 650 som ale bardzo prymitywny. Dopłacam 500 som i biorę pokój z łazienką. Łazienka to tylko jest z nazwy ale jest ciepła woda i można się umyć. Ten pokój mamy pod warunkiem, że jutro rano o 7.00 go opuścimy bo jest zarezerwowany i należy go posprzątać dla następnych gości. Goście mają być po południu więc trochę nas to dziwi dlaczego tak wcześnie mamy go opuścić bo trudno powiedzieć, że tutaj ktokolwiek sprząta ? Jak się okazuje pierwszy raz spotykamy się z tym, że inne ceny są dla obcokrajowców, oczywiście wyższe. Niewiele droższe są pokoje ale są !! Po szybkiej kąpieli padamy na łóżka.

14.08 03 – o 6.30 wredne babsko z recepcji nas obudziło. Zwlekamy się z łóżek, jesteśmy

zmęczeni bo w nocy było gorąco i duszno. Cóż zakładamy plecaki i opuszczamy to niemiłe miejsce. Trzeba coś poszukać na jeszcze jedną noc bo z Osz jutro chcemy jechać do Uzbekistanu a wizy mamy od 15 sierpnia. Jest wcześnie rano a już potwornie gorąco. Robi się coraz cieplej. Włóczymy się po mieście w poszukiwaniu noclegu i jak już coś znaleźliśmy to okazało się, że nie ma miejsc. Kto śpi w tych obskurnych gostinicach bo turystów tu nie widać. W końcu okrążyliśmy miasto i trafiliśmy w pobliże naszego hotelu, w którym spędziliśmy noc. W niedalekiej odległości jest drugi hotel tej samej kategorii co pierwszy. Nazywa się „Alei” Nie mamy siły na poszukiwania. Wchodzimy. W korytarzu przy recepcji śpi w fotelach trzech „ochraniarzy” tzn. nie wiemy kto to jest ale tak wyglądają. Lepiej omijać ich z daleka. Tutaj też wyższe ceny dla „inostrańców”. Bierzemy dwa pokoje, jedynkę i dwójkę, nie ma pokoju dla trzech osób. Za te pokoje płacimy 490 som. Może być. W recepcji spotykamy samotnie podróżującą Japonkę. Pomagamy jej się dogadać z recepcjonistką bo Japonka nie mówi po rosyjsku. Japonka dostaje pokój obok naszego ale kiedy go zobaczyła to szybko zrezygnowała, doznała pewnie szoku, my trochę też. Nasze pokoje bardziej niż prymitywne. Łóżka skrzypiące, koślawe, pościel podobna do szmat, w kącie stoi coś podobne do szafy, na środku stolik i dwa ledwie trzymające się kupy krzesła. Przy drzwiach umywalka z bieżącą zimną wodą. Jak później się okazało to jest jedyne miejsce gdzie można się umyć bo w całym hotelu nie ma łazienki i ciepłej wody. Trudno jakoś wytrzymamy ale jest wcześnie rano a my już spoceni jak szczury. Najlepiej w naszych pokojach ( i nie tylko ) wyglądają drzwi a właściwie ich zamykanie. Drzwi można zamknąć na klucz ale jak trochę pchniesz to się otwierają, taki miejscowy automat ? Najgorsze, że prosto w nasze okna świeci słońce a nie ma czym go zasłonić. Cóż Polak potrafi. Na szczęście na suficie są przytwierdzone resztki żabek do firan i bierzemy koc z łóżka i przypinamy go do tych żabek. Od razu lepiej. Koc nam jest niepotrzebny bo jest bardzo gorąco i gdyby było można to zdjęlibyśmy z siebie skórę dla ochłody. Boimy się trochę o nasze bagaże w tak „dobrze zamykanym” pokoju i przed wyjściem do miasta bierzemy ze sobą całą kasę. Jeszcze tylko wizyta w kibelku, który jest jeden na całe piętro. Tam szok jeszcze większy. Brakuje słów na jego opisanie więc z tego rezygnuję. Największe moje zdziwienie budzi wiadro na papier toaletowy a raczej na gazety służące za papier toaletowy. „Piękny” widok pełnego wiadra z wysypującymi się kawałkami zużytych gazet, smród jak cholera. Zamykam oczy przy wchodzeniu. Idziemy do miasta trochę go pozwiedzać ale nastroje mamy niezbyt optymistyczne. Miasto brzydkie, nic ciekawego. Idziemy na targ gdzie można wszystko kupić, trochę się włóczymy bo targ jest zacieniony, robimy zakupy. Kupujemy tradycyjne miejscowe czapki i małe jurty na pamiątkę i na prezenty. Musimy teraz coś zjeść. Poszukiwanie knajpy zajmuje nam trochę czasu ale w końcu rezygnujemy bo tu chyba nie ma nic porządnego i jemy w pierwszej lepszej „spelunie”. Siedzimy pod zacienionym dachem i oczekujemy na jedzenie. Obserwujemy miejscowe zachowania. Tutaj istnieje zwyczaj polewania chodników, podłogi, posadzki wodą dla ochłody. Naszą posadzkę też pani pilnie polewa wodą z węża nie patrząc, że leje wodę na nasze nogi. Później bierze wąż i pije prosto z niego wodę a po chwili woła ją ktoś z kuchni i bierze ten wąż i przez okno leje wodę prosto do garnka. Teraz już wiemy jaką będziemy jedli zupę. Trochę się posililiśmy i idziemy dalej. Za to śniadanie zapłaciliśmy około 10 złotych/3 osoby. Żar leje się z nieba. Chłopcy mają ochotę wejść na górę – Tron Salomona gdzie wg legendy modlił się Mahomet. Wejście 6 somów od 2 osób. Ja rezygnuję jest upalnie, czekam na nich w hotelu. Dzięki uprzejmej etażowej dostaje wiadro z ciepłą wodą, miski i robię pranie bo nie wiem gdzie nadarzy mi się taka okazja. Wszystko schnie błyskawicznie. Chłopaki wracają zmasakrowani. Dobrze, że mamy zapasy zimnej wody i można trochę się schłodzić. Cena wody mineralnej 20 som. Przeczekujemy największy upał w hotelu. Pod wieczór idziemy szukać czegoś do jedzenia no i samochodu na jutrzejszy wyjazd do Uzbekistanu. Obiad jemy za 60 som ale nie bardzo wiemy co jedliśmy. Jedno z gorszych miejsc na dotychczasowej naszej trasie. Przy obiedzie przypomniało nam się, że przedwczoraj szukając hotelu przejeżdżaliśmy gdzieś w pobliżu jakiegoś nowego hotelu, z którego z góry zrezygnowaliśmy bo wyglądał bardzo porządnie i sądziliśmy, że ceny astronomiczne. Idziemy go odszukać. Jest całkiem blisko, wygląda ładnie ma restaurację. Szukamy właścicieli i okazuje się, że są wolne pokoje, ceny umiarkowane (nawet tańsze niż w naszym pierwszym hotelu), oglądamy pokój, czysty, ładny no i europejska łazienka. Jesteśmy wściekli, że tu się zaraz nie zatrzymaliśmy a tak to mamy pokoje dziadowskie. Trudno już nie da się odkręcić ale z właścicielką uzgadniamy, że jak będziemy wracać z Uzbekistanu to tutaj rezerwujemy sobie miejsce. Bierzemy numer telefonu. Hotel godny polecenia, w centrum i nazywa się „ETAŻ”. Jeszcze raz udajemy się na targ gdzie chcemy umówić się z jakimś kierowcą na jutrzejszy wyjazd do Taszkientu. Wiemy już, że raczej tutejszy kierowca zawiezie nas tylko do granicy (Uzbecy nie wpuszczają Kirgizów samochodami), którą będziemy musieli przejść pieszo i po drugiej stronie granicy szukać jakiegoś pojazdu do Taszkientu. Szybko umawiamy się z jednym kierowcą na godz.8.00 rano pod naszym hotelem. Wracamy do hotelu, chłopaki jeszcze poszli do pobliskiego Internetu no i trzeba spać bo jutro kawał drogi do przejechania.

15.08 03 – rano punktualnie o 8.00 opuszczamy hotel. „Ochrona” znowu śpi w fotelach. Bez

żalu stąd wychodzimy. Kierowca na nas już czeka i tu niespodzianka. Proponuje nam, że zawiezie nas do jakiegoś swojego kolegi, który za 50$ zawiezie nas prosto do Taszkientu. Oczywiście mówi nam, że taniej nikt nas nie zawiezie. Cena wydaje się nam bardzo zawyżona bo wiemy, że za 30$ też da się dojechać. Nie chcemy skorzystać z jego propozycji ale mówi nam, że jak na granicy okaże się, że ktoś taniej nas zawiezie to możemy z niego zrezygnować. To już brzmi rozsądnie. Jedziemy jakimiś podejrzanymi uliczkami na peryferie miasta i tam zostajemy przekazani innemu kierowcy. Trochę czujemy się nieswojo, płacę pierwszemu kierowcy 60 som i jedziemy do granicy. Na granicy tłumy ludzi tak jakby to było targowisko a nie przejście graniczne. Nasz nowy kierowca prowadzi nas do swoich koleżków i każe nam się pytać za ile nas zawiozą do Taszkientu ? Oni oczywiście 50$. Nie z nami te numery, my chcemy kierowcę po drugiej stronie granicy. Bierzemy plecaki i idziemy na przejście graniczne. Ten kierowca idzie za nami. Oj żeby nie było z nim kłopotów ? Bez problemów przechodzimy przez granicę kirgiską bo „naczelnika nie nada budzić”. Uzbecy już nami się interesują. Sprawdzają paszporty, wizy, bierzemy deklaracje celne i je wypełniamy. Pełen spokój okazuje jeden z urzędników celnych. Sprawdza nasze wypełnione deklaracje celne, bierze długopis zakreśla nim to co napisaliśmy, spokojnie wyjmuje pieczątkę żeby nam je podstemplować a wszystko to w towarzystwie much, które spokojnie chodziły mu po rękach i gębie a on ich nawet nie strącił. Ja już sama chciałam je odgonić bo nie mogłam patrzeć jak pełno ich po nim łazi ale nie chciałam denerwować urzędnika. Pewne zdziwienie zbudziliśmy na granicy kiedy okazało się, że te trzy osoby to matka i dwóch synów. Nie wiem co ich tak dziwiło ? Dobrze, że tak nas zapamiętali bo to później przy powrocie okazało się pomocne ! Wychodzimy już z pomieszczeń granicznych a tu znów przy nas kierowca. Chce koniecznie z nami jechać. Zaraz przy granicy pytamy się o cenę to Taszkientu ale okazuje się, że ceny padają różne 50$, 40$. Mówimy naszemu kierowcy, że z nim nie pojedziemy bo tutaj znajdziemy sobie tańszy transport, ten zaczyna się wściekać i nas wyzywać, chce od nas pieniądze. My szybko oddalamy się żeby nie było jeszcze z nim większych problemów. Jesteśmy już przepoceni i zmęczeni. Wokół nas pełno kierowców i wszyscy chcą z nami jechać. Mamy już pewne doświadczenie w targowaniu się, spokojnie siadamy w przydrożnym rowie i czekamy aż sami zaczną między sobą zbijać cenę żeby z nami jechać. W końcu udaje nam się wynegocjować 25$ czyli o połowę mniej niż cena wyjściowa. Jedziemy wprawdzie Tico, ale tutaj okazało się, że są tylko Tico lub Nexia. W Uzbekistanie wszędzie można płacić w dolarach, których kurs czarnorynkowy jest wyższy niż państwowy. 1$ = 1000 sum. Łatwo przeliczać wydatki na dolary. Droga do Taszkientu szeroka, dwa pasy ruchu w każdą stronę ale nawierzchnia w złym stanie – dziury. Na pierwszym postoju wymieniamy dolary ( oczywiście na czarnym rynku ) na sumy. Teraz mamy trochę kasy na coś do jedzenia bo robimy już się głodni. Po drodze jemy obiad za 3 650 sum za trzy osoby. Zmienia się krajobraz nas otaczający, mijamy prawie pustynie. Jest upalnie a w tym małym samochodzie cztery osoby i plecaki to trochę dużo. Mateuszowi cierpną nogi bo nie może ich ruszyć. Wjeżdżamy w góry, mijamy tunele, których tu nie można fotografować. Uzbekistan to państwo milicyjne, wszędzie milicja i wojsko. Co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów barierki na drodze i należy się zatrzymać. Najczęściej to wystarczy ale czasem dochodzą do auta i się pytają kto i dokąd jedzie ? Jakoś paszportów od nas nie chcą jak w Kazachstanie. Po 7 godzinach docieramy do Taszkientu w pobliże hotelu, który nam ktoś polecił. Hotel „Tara” znajduje się w kilkupiętrowym bloku, otoczenie okropne, wszędzie kurz, śmieci, brak chodników. Mamy pokój za 6 900 sum/3 osoby. Tani ale obskurny. Łazienka jest ale w stanie fatalnym. Najbardziej zastanawiało nas wiadro w kibelku, które było w ¼ wypełnione jakąś zawiesistą substancją nieokreślonego pochodzenia. Wiadro to służyło do wrzucania papieru toaletowego ( jeśli sam go masz ) bo wiadomo, że papieru nie wrzuca się do kibla więc można sobie wyobrazić czym to wiadro było zapełnione. Zaskoczyła nas też kartka na drzwiach kibla, z której wynikało, że dezynfekcja kibla prowadzona jest średnio raz na 2 tygodnie. Przynajmniej wiesz czego możesz się spodziewać. Tutaj także inne ceny dla obcokrajowców. Bez problemu płacimy za noc w dolarach tzn. pani w recepcji wymienia nam pieniądze. Jeszcze pod wieczór jadę metrem ( hotel jest blisko stacji metra ) na dworzec kolejowy żeby zakupić bilety na jutro do Buchary. Na stacji metra miałam wrażenie, że jest więcej mundurowych niż pasażerów. Bilety-żetony kupuje się w kasie i wrzuca się je przed wejściem na ruchome schody. Jak wrzucasz żetony to tej czynności przyglądają się dwie ponure baby. Zjeżdżasz w dół a tam na dole przy schodach siedzi baba i się przygląda osobom zjeżdżającym w dół. Na każdym peronie stoi kilku milicjantów i panie zawiadowczynie, które swym lizakiem zezwalają na wjazd i odjazd pociągu. W każdym wagonie znajduje się milicjant, istny obłęd. Tutaj chyba co drugi to mundurowy. Czujemy się nieswojo tym bardziej, że wszyscy nam się przyglądają. Jednak udało nam się bez kontroli dokumentów dojechać na dworzec. Idziemy do kasy po bilety i trochę się martwię czy starczy mi kasy na zakup biletów a nie wiem czy gdzieś tu będę mogła wymienić dolary lub czy będę mogła zapłacić w dolarach. W jednej kasie wredne babsko mówi żebym po bilety przyszła jutro bo dzisiaj nie sprzedają na dzień jutrzejszy. Idę do drugiej kasy gdzie miła babka szybko i sprawnie przygotowuje nam bilety. Niestety mam za mało kasy, brakuje mi w przeliczeniu około 8$. Wokół nas kręcą się milicjanci ale pytam się czy mogę dać tą resztę w dolarach. Ona szybko podaje mi paszport i pokazuje żeby do niego włożyć dolary i jeszcze raz woła o paszport. Na szczęście mam drobne dolary, wkładam do paszportu i jej podaję. Wszystko szybko i zwinnie zostało załatwione, ona mówi jeszcze do nas, że jutro mamy dać jej te brakujące pieniądze tak żeby słyszeli to kręcący się milicjanci. Baba z jajami. Jeden bilet do Buchary to około 8$. Szybko wracamy, jest już ciemno a kawałek należy ze stacji metra przejść do naszego hotelu. Nie rozmawiamy ze sobą żeby nikt się nie zorientował, że jesteśmy obcokrajowcami. W hotelu szybki prysznic na szczęście jest ciepła woda i jakoś można było się wykąpać i spać.

16.08 03 – rano jedziemy do miasta bo bilety do Buchary mamy na 20.00 więc cały dzień

mamy na zwiedzanie miasta. Przy wejściu do metra ta sama procedura co wczoraj. Tym razem jednak nie udało nam się przejechać bez kontroli. Zaraz przy wejściu na peron zostajemy poproszeni o paszporty ale bez zbędnego gadania sprawdził wizy i oddal paszporty. Jesteśmy potwornie głodni bo wczoraj tylko raz jedliśmy no i zmęczeni bo noc bardzo gorąca i nie było czym oddychać. Decydujemy się, że najpierw pojedziemy do starego miasta i to był błąd. Trafiliśmy na targ więc tłumy ludzi, miałam wrażenie, że nas zadepczą, potwornie gorąco, kurz, trąbienie aut, smród od smażonych szaszłyków. Myślałam, że zwariuję, czułam się fatalnie, był to mój najgorszy dzień, miałam kryzys. Myślałam tylko o tym, że już wkrótce mam samolot i stąd jak najszybciej wyjadę. Nigdzie nie ma nic porządnego do jedzenia, wszędzie tylko baranie szaszłyki. Uciekamy stąd. Jedziemy do centrum. Tutaj wreszcie spokojniej i szukamy cos do żarcia. Jest całkiem dobrze wyglądająca knajpa. Już dalej nie mam siły iść. Siadamy, jest trochę chłodniej i zaraz zamawiamy zimna wodę mineralną. Później objadamy się miejscowymi specjałami za 7 500 sum. Jest już lepiej, teraz czas zobaczyć miasto. Miasto odbudowane po trzęsieniu ziemi (chyba rok 1966 ), szerokie asfaltowe aleje, dużo zieleni. W starej części miasta zwiedzamy medresy z XV i XVI w. Miasto takie sobie. Na centralnym placu zadziwiająco wielkie fontanny, pod którymi dzieciaki robią sobie kąpiele. Woda leje się z wysokości kilku metrów. Moi chłopcy też w ten upalny dzień chcą zasmakować kąpieli. Wchodzą pod strumień wody i tu Jakubowi przypomniało się, że na szyi ma zawieszony paszport. Szybko rozkładamy paszport na słońcu ale na szczęście zamoczył się tylko w dolej części i wiza w nienaruszonym stanie, pieczątki także. Chłopaki zwiedzają jeszcze Muzeum Timura a ja odpoczywam. Wracamy do hotelu po nasze plecaki (jeszcze szybki prysznic) bo wieczorem mamy pociąg do Buchary. Bez problemów docieramy na dworzec a tu przy wejściu na peron kontrola dokumentów. Podchodzimy, ja zdejmuję plecak bo papiery mam w środku a żołnierz mówi „idi” nie chciał mnie narażać na kłopot w szukaniu dokumentów. Tym razem w przedziale jesteśmy tylko w trójkę (pierwszy raz ). Układamy się do snu bo jesteśmy zmarnowani. Punktualnie o 20.00 wyjeżdżamy z Taszkientu.

17.08 03 – o 8.40 jesteśmy w Bucharze. Noc spokojna tylko wczoraj musiałam „prowadnicy”

pomóc wpisać nasze nazwiska do jakiegoś zeszytu. Na dworcu pełno taksówkarzy oferujących swoje usługi ale my jedziemy busem do starej części miasta. Wiemy, że tutaj można znaleźć w małych pensjonatach niezłe noclegi. Na ulicy zaczepia nas młoda dziewczyna i prowadzi do małego hoteliku. Tutaj młody chłopak mówiący po angielsku proponuje nam nocleg za 30$/3 osoby ze śniadaniem. Drogo ale decydujemy się na luksus. Mamy pokój z łazienką i klimatyzacją, co za rozpusta. Na miejscu jemy śniadanie. Hotel znajduje się w samym centrum i wszędzie mamy blisko. Miasto rzuca na kolana. Zabytek na zabytku, cuda architektoniczne. Jedne lepiej utrzymane, drugie gorzej. Wszędzie pełno sklepików, bazarów z pamiątkami. Jesteśmy oszołomieni ta ilością obiektów do zwiedzania i ilością pamiątek. Ja chciałabym wszystko kupić ale pamiątki drogie. Tutaj też kręci się dużo turystów (jak na te warunki) i widzimy pierwsze małe grupy zorganizowane. Jest tak upalnie (46 ° C), że nie da się długo w tym upale chodzić po mieście. Wracamy, chłodzimy się, robię pranie i znów idziemy do miasta. I tak kilka razy. Wszędzie można płacić w dolarach lub €. Tutaj jest trochę turystów więc i ceny zaraz wysokie. Za obiad płacimy 50 zł/3 osoby. Niestety meczety i medresy nieczynne, przeznaczone na muzea lub na sklepy z pamiątkami. Większość bardziej lub mniej zniszczone ale to co pozostało i tak budzi zachwyt. Wieczorem o zmroku idziemy na kolację do restauracji, która znajduje się pod drzewami rosnącymi nad stawem. Wokół nas meczety i medresy. Wśród gości restauracyjnych większość to obcokrajowcy. Po tak mile spędzonym dniu czas na odpoczynek.

18.08 03 – oj dobrze się spało bo nie było gorąco choć klima chodziła dość głośno i chyba

działa niezbyt skutecznie ale nie ma co narzekać. Rano śniadanie o 9.00 (wliczone w cenę noclegu) ale bardzo skromne nawet bardziej niż skromne. To nie śniadanie tylko mała przekąska. Dalszy ciąg zwiedzania miasta, małe zakupy pamiątek, ostre targowanie. Na ulicy zaczepia nas miejscowy facet i zaprasza nas do siebie na obiad. Szybko się decydujemy i umawiamy się, że o 14.00 ma na nas czekać. Bierzemy trochę słodyczy, które zabraliśmy z Polski i idziemy na umówione spotkanie. Facet na nas czeka, idziemy do jego domu. Nie wiemy co nas tam czeka i jak mamy się zachować ale wszystkiego trzeba spróbować. Dom bardzo skromny, facet mieszka z żoną i dwoma córkami. Jesteśmy przyjmowani w pokoju gościnnym pozbawionym całkowicie mebli. W tym pokoju znajduje się tylko biurko przy którym dzieci odrabiają lekcje. Wchodzimy do pokoju zdejmujemy buty (tak każe tradycja) i siadamy na dywan, którym przykryta jest cała podłoga. Dywany też znajdują się na ścianach. Na podłodze na dywanie leży serweta i na niej podawany jest dla nas obiad. Najpierw podają owoce (arbuzy, melony) pokrojone pomidory, ogórki, wodę mineralną, później plow tradycyjne miejscowe jedzenie (ryż z kawałkami mięsa i pokrojone warzywa) wszystko bardzo pyszne. Szczególnie smakował nam plow, którego już kilkakrotnie próbowaliśmy i zawsze nam smakował. Facet okazał się byłym pracownikiem jakieś agencji turystycznej i w czasach ZSRR pracował przy obsłudze ruchu turystycznego. Mówił trochę po angielsku i po rosyjsku więc się dogadywaliśmy. Jego żona i dzieci nie znają rosyjskiego. Facet opowiada, że za ZSRR było w Bucharze bardzo dużo turystów i z Polski także. Po rozpadzie Związku Radzieckiego ruch turystyczny zamarł i teraz trochę zaczyna ożywać na nowo. Mówił nam, że jesteśmy pierwszymi Polakami, których spotkał od 20 lat. Teraz w szkołach dzieci uczą się uzbeckiego i jakiegoś języka zachodniego (najczęściej angielski) więc nie znają już rosyjskiego. Po obiedzie dzieciakom wręczamy słodycze, robimy zdjęcia i gospodyni dajemy 6$ za obiad. Jest bardzo zadowolono i my także. Na dzisiaj starczy nam już jedzenia. Dziękujemy za gościnę, obiad i idziemy do miasta. Warto z takiego zaproszenia skorzystać bo poznaje się prawdziwe życie mieszkańców. To są ludzie skromni ale dumni. Dalszy ciąg zwiedzania i poznawania miasta. Jesteśmy zapraszani przez sklepikarzy na herbatkę i rozmowy. Zawsze korzystamy z tych zaproszeń bo warto posłuchać co maja do powiedzenia no i jeszcze w chłodnym miejscu można odpocząć. Wieczorem w klimatycznym miejscu fundujemy sobie piwko. Dobrze nam tutaj, chciałoby się zostać dłużej ale jutro wyjeżdżamy. Zrezygnowaliśmy z wyjazdu do Chiwy bo niestety ja przeraziłam się upałów a tam nie ma połączenia koleją i trzeba jechać autem.

19.08 03 – śniadanie o 8.00 i idziemy szukać pojazdu, który zawiezie nas na dworzec skąd

odjeżdżają taksówki do Samarkandy. Stoimy na ulicy i próbujemy coś zatrzymać ale jakoś nie mamy szczęścia. Po chwili podchodzi do nas starszy facet i pyta się w czym nam pomóc. Mówimy czego potrzebujemy o on pomaga nam zatrzymać auto, uzgadnia cenę z kierowcą i każe nas zawieź na dworzec. Dziękujemy mu i jedziemy, kierowca jak się dowiedział, że chcemy dalej jechać do Samarkandy to zaraz proponuje nam, że nas zawiezie za 50$. Dziękujemy bardzo. Na dworcu znowu targowanie i mamy pojazd za 25$. Po drodze w naszym samochodzie kończy się paliwo a na stacjach benzynowych też nie ma. Tutaj można kupić (w Kirgistanie także) paliwo sprzedawane przy drodze w butelkach plastikowych. Prawie przed każdym domem stoi kilka butelek napełnionych paliwem i można w ten sposób uzupełnić braki ale paliwo jest droższe niż na stacjach. Kierowca jest wściekły, kupuje w końcu paliwo na butelki i jedziemy dalej. Trochę martwimy się czy jeszcze dzisiaj uda nam się dojechać tym bardziej, że umówiliśmy się z kierowcą, że w Samarkandzie zawiezie nas do jakiegoś hotelu i jak nam nie będzie odpowiadał to pojedziemy do innego i tak do skutku. Jest wściekły i może nas gdzieś wyrzuci w mieście i będziemy musieli sobie sami radzić. Po 4 godzinach jesteśmy w mieście i w pierwszym hotelu, do którego nas zawiózł warunki paskudne i jeszcze do tego drogo. Rezygnujemy, jedziemy dalej. Następny hotel taki sobie ale też drogo. Panienka w recepcji proponuje nam nocleg u swoich znajomych, którzy gratisowo po nas tu przyjadą i gdyby nam się nie podobało lub było za drogo to za transport nic nie płacimy. Decydujemy się na jej propozycję tym bardziej, że nasz kierowca aż zgrzyta zębami na nas. Płacę za drogę i czekamy na następny samochód. Po chwili przychodzi po nas miła pani, która przyjechała razem ze swoim synem. Jedziemy przez centrum miasta i trochę poza centrum znajduje się dom a właściwie to taki mały pensjonat. To już bogaty uzbecki dom. Z czterech stron zabudowany a w środku podwórko. Wokół podwórza zacienienie, podwórko wyłożone płytkami na których stoją tradycyjne uzbeckie stoły, na środku mały basen, wszędzie porządek. Bardzo dobre pierwsze wrażenie. Pani prowadzi nas do pokoju a właściwie do dwóch pokoi, które maja być nasze i zaraz obok jest łazienka. Pokoje mają klimatyzację. Wyjściowa cena 30$/3 osoby ze śniadaniem ale utargowaliśmy 25$ ze śniadaniem. Znów zapowiada się luksus choć też drogo. Pani proponuje nam obiad więc kusimy się na niego. My idziemy się wykąpać, przebrać i zrobić pranie a pani przygotowuje obiad. Ale teraz nam dobrze, czujemy się jak w domu. Miejsce godne polecenia. Mam nawet gdzie powiesić pranie bo w ogrodzie są linki i klamerki. Wszystko schnie ekspresowo bo bardzo gorąco. Idziemy na obiad. To co zobaczyliśmy na stole to przerosło nasze oczekiwania. Dosłownie obżeramy się. Wszystko bardzo smaczne i podane estetycznie. Mamy soki, owoce, sałatki znów plow, woda mineralna. Po obiedzie zawożą nas do centrum i umawiamy się na 19.00, że nas stąd zabiorą. Miasto usiane zabytkami choć tutaj inaczej niż w Bucharze zabytki rozrzucone są po całym mieście. Szczególnie ciekawie wyglądają miejscowe kobiety. Większość chodzi w tradycyjnych strojach. Noszą bardzo kolorowe długie do pół łydki sukienki, pod tym luźne spodnie ściągnięte nad kostką w gumkę i kolorowe chustki zawiązane z tyłu głowy. Podobnie jak w Bucharze zabytki oszałamiają. Nie będę wymieniać co tutaj trzeba zobaczyć bo to można przeczytać w każdym przewodniku. Jedna rzecz, która musi każdego zachwycić to Registan – zespół trzech wspaniałych medres. Ktoś powiedział, że jeśli tutaj się znajdziesz i się nie zachwycisz to należy stąd zaraz wyjechać bo nie wiesz po co tu przyjechałeś. Dzisiaj nie jest już tak upalnie więc przyjemnie się spaceruje (a może już trochę przyzwyczailiśmy się do tych temperatur ?). Tutaj także przy wejściu do niektórych zabytków należy zakupić bilet, który jest droższy dla obcokrajowców. My jednak mówimy, że jesteśmy z Polski nie jesteśmy bogatymi Amerykanami i to najczęściej działa, na jeden bilet wchodzimy w trójkę. Trzeba sobie radzić. Już dzisiaj udało nam się dużo zobaczyć a jeszcze jutro mamy cały dzień. O umówionej godzinie wracamy samochodem do pensjonatu. Moc wrażeń. Nasza gospodyni ma kilkoro dzieci a teraz z nią mieszkają czterej synowie (najstarszy już po studiach, drugi student, trzeci uczeń liceum i najmłodszy jeszcze nie chodzi do szkoły). Chłopaki mówią dobrze po angielsku (szczególnie najstarszy) i zaraz nawiązują rozmowę z Jakubem i Mateuszem. Pierwszy raz czujemy się tak dobrze. Specjalnie dla nas napuszczają wodę do basenu, przynoszą do ogrodu telewizor bo mają antenę satelitarną i pierwszy raz od wyjazdu słyszymy co się dzieje na świecie (upały w Europie, zamach w Izraelu). Jesteśmy poczęstowani jeszcze herbatą i piwem. Chłopcy też czują się znakomicie, grają w bilard, Mateusz zanurzył się w basenie ale woda zimna i śmieje się, że pierwszy raz tutaj jest mu zimno. Razem z nami mieszka tutaj międzynarodowe towarzystwo, Anglicy, Francuzi, Amerykanin, który działa w jakieś charytatywnej organizacji i przyjechał na 3 lat do Uzbekistanu uczyć dzieci j. angielskiego, jest już tutaj prawie rok. Fajne miejsce. Pełni wrażeń idziemy spać.

20.08 03 – śniadanie bardzo smaczne choć śmieszny zestaw: gotowane ziemniaki, jajka,

pomidory, ogórki, szczypior, cebula, lepioszki (taki chleb podawany tutaj do każdego posiłku), masło, które jemy pierwszy raz od wyjazdu, herbata, konfitura – same pyszności. Tym razem idziemy pieszo do miasta bo chcemy jak najwięcej zobaczyć (około 30 min.). Po drodze mijamy sklep mięsny (tylko z nazwy) gdzie prosto na ulicy w pełnym upale wiszą całe kawałki baraniny. Nikogo to nie dziwi, że po tym mięsie chodzą sobie bezkarnie muchy i pełno kurzu sobie na nim siada. Droga do miasta fatalna, pełno dziur, kurz, samochody jadą slalomem raz lewą raz prawą stroną starając się omijać dziury. Dochodzimy do cmentarza muzułmańskiego ale rezygnujemy z wejścia bo cena biletu wysoka a przez ogrodzenie też można wiele zobaczyć. Za to w kasie dyskretnie wymieniam dolary. Idziemy dalej zwiedzać miasto. Tutaj już nie ma sklepów z pamiątkami choć turystów też się spotyka. Spacerując po mieście w pewnym miejscu spotykamy duży plakat z napisem Budimex i słyszymy znajome „cholera jasna” to muszą być nasi. Podchodzimy i mówimy „dzień dobry” a oni zaskoczeni kim jesteście? Skąd tutaj się wzięliście ? Okazuje się, że to są Polacy budujący tutaj luksusowy hotel. Jeden z pracowników mówi, że jest tutaj już prawie dwa lata i pierwszy raz spotyka rodaków. Miło sobie było porozmawiać po polsku i powoli wracamy do naszego pensjonatu. Czujemy już zmęczenie bo gorąco i parę godzin na nogach. W hoteliku już czeka na nas obiad bardzo smaczny i obfity. Po obiedzie rozmawiamy z gospodarzami, których bardzo interesuje Polska no i Europa, w której jeszcze nie byli. Jest nam bardzo miło i chciałoby się jeszcze dłużej tutaj zostać ale nie mamy czasu no i cena wysoka. Czas spać.

21.08 03 – po śniadaniu płacę za dwa noclegi i śniadania 50$ + 2 obiady 15$, żegnamy się z

rodziną, dajemy im na pamiątkę małą książeczkę o Polsce i dostajemy od nich też mały upominek, gospodyni razem z synem odwożą nas na dworzec skąd odjeżdżają taksówki do Taszkientu. Tam oni załatwiają nam auto i ustalają cenę a my w tym czasie czekamy w ich samochodzie żeby kierowca nie wiedział, że będzie wiózł obcokrajowców bo cena zaraz idzie do góry. Mamy taxi za 13$ i jedziemy Nexią. Podróż sprawnie i szybko i po 3,5 h jesteśmy w Taszkiencie blisko naszego hotelu „Tara”. Teraz ten hotel po tych luksusach wygląda jeszcze gorzej niż ostatnio ale cena niska 6 900 sum/3 osoby czyli mniej za 3 osoby niż tam za jedną. Nie mamy ochoty na wyjazd do miasta więc pokręciliśmy się po okolicy próbując coś kupić do zjedzenia a skończyło się na jak zwykle na arbuzach, które już tutaj są droższe ale i tak są tanie i to jest często nasze główne pożywienie. Dobrze, że śniadanie było obfite.

22.08 03 – po niezbyt dobrze przespanej nocy (hałas, gorąco i pianie kogutów) o 7.00

wychodzimy z hotelu i udajemy się autobusem na parking skąd odjeżdżają taksówki do Osz (tylko do granicy). Tutaj prawdziwa mafia. Wszyscy chcą z nami jechać ale ceny astronomiczne. My mamy cenę 30$ i ani grosza więcej. W końcu jeden z kierowców godzi się na tą cenę, pakujemy plecaki i wsiadamy do auta a tu niespodzianka bo nie możemy odjechać, jesteśmy zastawieni innymi autami, kierowcy kłócą się między sobą i domyślamy się, że chcą od naszego kierowcy jakąś kasę. Zaczyna robić się gorąco, czujemy się trochę niepewnie. Kłócę się z naszym kierowcą, że jeśli zaraz nie pojedziemy to wysiadamy ale niestety nie możemy wyjąć z bagażnika naszych plecaków bo jest zamknięty. Ładne jaja. Nasz kierowca znika a my w samochodzie. Po chwili wraca i każe nam szybko zabierać plecaki i iść za nim. Nie wiemy o co chodzi ale chcemy jak najszybciej stąd się wydostać. Okazuje się, że na poboczu stoi samochód, do którego mamy szybko wsiadać i nim jechać. Robimy tak jak nam każe i szybko odjeżdżamy. Ale ulga. Już teraz spokojnie jedziemy do Osz. Droga jest nam znajoma. Na postoju wydajemy ostatnie pieniądze na wodę i jakieś suche ciacha bo jeszcze dzisiaj nic nie jedliśmy. Po drodze liczne kontrole policyjne ale jakoś specjalnie nikt nami się nie interesuje i szybko jedziemy dalej. Dopiero przy wjeździe do tunelu dokładna kontrola milicyjna i znów nasze paszporty budzą ciekawość. Idziemy do jakieś prymitywnej budki gdzie dokładnie oglądają nasze dokumenty, wizy i wszystko spisują do zeszytów. Oprócz milicji kontroluje nas także wojsko bo tunel to „ważne strategicznie miejsce i jest szczególnie chronione przed terrorystami”. Tutaj spotykamy młodego wojskowego chłopaka, który po studiach prawniczych musi odsłużyć wojsko. Chłopak mówi po angielsku i trochę się dziwi, że chłopcy z Polski tak mogą sobie podróżować. Najważniejsze, ten chłopak miał bardzo ładne białe zęby, które tutaj są rzadkością bo najczęściej ludzie mają zęby złote nie wykluczając bardzo młodych. Nie mogę zrozumieć jak można tak się oszpecać ? Po 6,5 godz. jesteśmy na granicy, którą przekraczamy pieszo. Szybko i sprawnie trwa odprawa, ale celnika zainteresowały nasze deklaracje celne. Najbardziej był zainteresowany dolarami, które zdeklarowaliśmy przy wyjeździe. Pytał się ile mamy jeszcze? Ile wydaliśmy? Gdzie mamy pieniądze ? Najpierw odpowiadałam na pytania a później zaczynam kumać, że te pytania są zbyt dociekliwe i pewnie chce od nas łapówkę nie wiedząc za co ? Udaję, że nie rozumiem o co mu chodzi. Narzekam na opieszałość i na zmęczenie upałem i w tym momencie wchodzi ten pogranicznik, który był przy naszej odprawie jak wjeżdżaliśmy do Uzbekistanu i dziwił się, że matka z synami podróżuje. Zaczął z nami gadać. Jak nam się podobało w Uzbekistanie ? itd. i po tej rozmowie ten celnik dał już nam spokój i spokojnie idziemy do granicy kirgiskiej. Tam szybko spoglądają na paszporty i każą iść dalej nie dając nam żadnej pieczątki mimo, że o to prosiliśmy. Łapiemy pierwszy lepszy samochód i mówimy, że mamy tylko 52 som i chcemy do Osz. Kierowca się zgadza i wiezie nas do umówionej wcześniej gostinicy „ЭTA’C”. Pokój na nas czeka a właściwie pokój z jadalnią i łazienką. Wszystko za 600 som i to taniej niż przedtem w tym dziadostwie. Można się wykąpać bo jest ciepła woda i schodzimy na dół do knajpy, która znajduje się w tym samym budynku. Zamawiamy smaczny obiad za około 30 zł od trzech osób. Oczywiście obsługujące nas kelnerki mają „piękne” złote uzębienie tak jak i właścicielka ale najważniejsze, że obsługa miła. Zaraz przy gostinicy jest postój taksówek i szukamy tam kogoś na jutro rano do Biszkeku. Tutaj znów zaskoczenie bo okazuje się, że jadąc z Osz do Biszkeku należy zapłacić więcej niż z Biszkeku do Osz. Jesteśmy nieustępliwi i mówimy, że nie damy więcej niż 2 000 som. W końcu jeden facet się zgadza jechać z nami za te pieniądze, ale jak już się dogadaliśmy to mówi, że z nami pojedzie jeszcze jego córka. Dobrze niech będzie. Na dzień dzisiejszy mamy wszystko załatwione.

23.08 03 – wcześnie rano zostajemy obudzeni przez głośną muzykę z sąsiedniej knajpy.

Niech ich szlak trafi z tą głośną muzyką, co za moda ? Trudno kręcimy się w łóżkach ale czas wstawać bo o 7.00 wyjazd. Idziemy na postój, nasz kierowca już czeka na nas. Na postoju spotykamy chłopaka z Francji, który też szuka auta do Biszkeku i szkoda, że wczoraj się z nim nie spotkaliśmy bo moglibyśmy jechać razem. Chłopak nie mówi po rosyjsku więc pomagamy mu się dogadać z kierowcami i w końcu ma też samochód do Biszkeku. Jeszcze jedziemy do obskurnego bloku po córkę i jej bagaże, samochód aż się ugina pod naszym ciężarem i bagaży. Orientujemy się, że facet wiezie córkę do stolicy i przy okazji zabiera turystów żeby podróż mu się wróciła. Tak to tutaj bywa. Samochód ledwie zipie ale jakoś sobie radzi na tych drogach. Po drodze zatrzymujemy się przy straganie z owocami i jeszcze upychamy do auta owoce, które tutaj są bardzo tanie. Przy straganach zatrzymuje się też samochód z „naszym” Francuzem. Dogadujemy się z nim i kierowcami i córka naszego kierowcy idzie do samochodu, którym jechał Francuz a on jedzie teraz z nami. Tak po drodze parę razy się wymieniamy, raz Mateusz jechał tamtym samochodem i porozmawiał sobie z mułłą, który jedzie tamtym samochodem i wie gdzie jest Polska bo w 1968 roku był z wojskami radzieckimi w Czechosłowacji. Zatrzymujemy się na obiedzie. Nasi kierowcy idą do oddzielnego stolika a my do innego. Jedzenie coś nam nie smakuje, Jakub narzeka na bóle brzucha a droga przed nami jeszcze daleka. Ja także musze skorzystać z kibelka, który znajduje się tuż za knajpą. Kibel to zwykła buda z trzech stron obita deskami a w środku dziura. Czwarta strona, czyli tam gdzie powinny być drzwi o dziwo zwrócona jest w stronę ulicy i przechodzący mogą sobie popatrzeć na osoby kucające w kiblu. Folklor. Nie robi to już na nas większego wrażenia, do wszystkiego można się przyzwyczaić. Tuz przy knajpie płynie w rynsztoku woda, w której po obiedzie mułła płukał sobie gębę. Oni to mają zdrowie. Znów droga przez góry i mamy jeszcze raz okazję je podziwiać. Po 11,5 godz. docieramy do Biszkeku gdzie na peryferiach miasta facet zostawił swoją córkę i bagaże a nas zawiózł do centrum. Idziemy do znanego nam wcześniej hotelu i bez problemów mamy nocleg.

24.08 03 – dzisiaj najważniejsza rzecz to zmiana daty odlotu z Biszkeku do Istambułu bo czas

nas goni i obawiam się, że nie zdążymy na czas do domu. W biurze nie ma problemu ze zmianą daty wylotu i teraz lecimy 1 września, ale wymiana kosztowała, 30$ trudno nasza strata. Szybko to załatwiliśmy więc żeby nie tracić czasu decydujemy się jeszcze dziś wyjechać do Czołpon-Aty nad jeziorem Issyk-kul. Jedziemy busem za 30 som/3 osoby do dworca skąd odjeżdżają autobusy nad jezioro. Ta sama procedura co zawsze, wszyscy chcą nas zabrać ale decydujemy się na busa, który już ma paru pasażerów i według wyjaśnień kierowcy już jedzie co w rzeczywistości oznacza, że pojedzie dopiero wtedy gdy będzie komplet pasażerów. Dość szybko zebrał się komplet chętnych do jazdy i jedziemy za 450 som/3 osoby. Tak płacą wszyscy więc nie ma dla obcokrajowców innej ceny. Już na dworcu zaczepiła mnie baba, która pytała się czy mamy już nocleg w Człpon-Acie bo ona proponuje nam bardzo dobrą kwaterę u siebie w bloku. Jest to kawalerka (1 pokój, kuchnia, łazienka) i możemy tam sami mieszkać za 360 som co jest ceną umiarkowana bo około 12 zł od łepka. Baba ta jedzie razem z nami tym busem, całą drogę zachwala kwaterę i najbliższą okolicę. Umawiam się z nią, że jak zobaczę mieszkanie to dopiero wtedy damy odpowiedź. Droga trwała 4 godz. i po drodze jechaliśmy najpierw równiną tuż przy granicy z Kazachstanem (ale tam to już nie chcemy jechać) później zachwycające góry, wąwozy, było na co popatrzeć i później wzdłuż jeziora wokół którego rozpościerają się góry. Bardzo ładne widoki. Czołpon-Ata to najważniejszy „kurort” Kirgistanu, ale nie tylko. Przyjeżdżają tu turyści z całego byłego Związku Radzieckiego. Miasto brzydkie, same bloki, byle jaka zabudowa, dziurawe ulice i chodniki nic interesującego. Trudno nam jest zobaczyć to piękno, o którym mówiła ta baba. Idziemy z nią do bloku, który robi przygnębiające wrażenie, ale nic bardziej interesującego tutaj nie widzimy. Brzydka klatka schodowa a kwatera bardziej niż skromna. Cena nie jest wygórowana więc nie zastanawiamy się i decydujemy się tu zamieszkać. Niestety w kranach w kuchni i łazience nie ma wody ani zimnej ani ciepłej. Baba mówiła, że nie ma ciepłej wody ale zimna jest ale tylko wieczorem więc „wsio budiet charaszo”. Uwierzyliśmy jej na słowo, dostaliśmy klucze i umówiliśmy się na jutro na 15.00, że przyjdzie do nas i powiemy jej czy zostajemy i jeśli tak to na jak długo? Kiedy bardziej rozglądnęliśmy się po tym mieszkaniu to okazało się, że to zwykła nora ale mamy chociaż czyste dwa łóżka, mamy nadzieję, że wieczorem będzie zimna woda i będziemy mogli ją sobie zgrzać (jest grzałka) i trochę się umyć. Poszliśmy nad jezioro, które ma bardzo ładne położenie (1 609m n.p.m.) i wokoło góry ale to wszystko co ma to miejsce do zaoferowania. Chłopacy kąpią się w jeziorze (pierwsza taka kąpiel od wyjazdu), szaleją w wodzie i tego było im trzeba. Zaraz czują się lepiej. Później trochę oglądamy miasteczko, które nic a nic nam się nie podoba. Szukamy czegoś do zjedzenia. Knajp dużo, ale żadna nie zachęca aby z niej skorzystać. W końcu coś wybraliśmy, żarcie takie sobie. Od ulicznego sprzedawcy (a takich tu dużo) kupiliśmy bardzo zachwalaną suszoną rybę i szczęście, że tylko jedną bo słona okropnie i do tego nam nie smakowała. Postanowiliśmy, że jutro stąd jedziemy dalej bo szkoda czasu na łażenie i oglądanie nie wiadomo czego. Wracamy na nocleg a tu niespodzianka bo mimo, że już późno to wody jak nie było tak nie ma. Trudno, na szczęście jest trochę wody w wiadrze więc myjemy tylko zęby i idziemy spać. Może będzie w nocy lub nad ranem ?

25.08 03 – wody oczywiście nie było przez całą noc i teraz nie ma też. Robimy zakupy na

śniadanie i decydujemy, że nie czekamy do 15.00 tylko zaraz wyjeżdżamy. Wczoraj babie zapłaciłam więc klucze zostawiamy w pokoju i wychodzimy tylko zamykając drzwi. Baba nas okłamała więc mamy ją w nosie a z tego mieszkania i tak nikt nic nie ukradnie (gdyby wszedł) bo tam nic nie było (stare garnki, meble). Łapiemy starego busa do Karakol za 240 som/3 osoby. Zastanawiamy się czy my nim dojedziemy ? „Stary trup” na drodze dzielnie sobie radził. Po drodze upychał do środka tyle ludzi, że mnie się wydawało, że to już chyba autobus. Mieszanka ras i narodowości, Kirgizi, Uzbecy, Rosjanie, Kazachowie. Dojechaliśmy po 2,5 godzinach do podobnie brzydkiego miasta. Karakol to takie nasze Zakopane ale wygląda jak każde komunistyczne miasto. Tutaj już „świat się kończy” dalej to tylko góry i Chiny. Mamy namiary do gostinicy „Yak-Tours” prowadzonej przez miłośnika gór. Z małymi kłopotami udało nam się ja znaleźć i od razu spodobało się nam to miejsce. Tutaj czuje się „zapach” gór. Skromny domek, ładnie utrzymany, każdy kawałek zagospodarowany, wszystkie budynki przygotowane na przyjęcie turystów. Właściciel - Walentyn, swój gość i widać, że „zjadł zęby” w górach. To chodząca encyklopedia tych stron. To miejsce opisane jest w przewodniku „Central Asia”. Tutaj wreszcie spotykamy turystów i to z całego świata. Są Niemcy, Szwajcarzy, Japończycy, Francuzi no i z Europy Wschodniej to tylko my. Dostajemy do swojej dyspozycji jeden pokój dla chłopaków i jeden maleńki dla mnie. Ceny przystępne a najlepsze jest tutaj jedzenie. Gotuje taka staruszka, ale jak... pycha, palce lizać. Mnie najbardziej smakowała faszerowana papryka do tego smażone ziemniaki, herbata wreszcie w dużych kubkach i w porządnym dzbanku i do tego normalny chleb a nie wciąż te lepioszki, które po miesiącu już się nam znudziły. Przy kolacji wszyscy rozmawiają o górach, gdzie byli i dokąd jeszcze pójdą? Nam ta atmosfera górska bardzo odpowiada bo sami uwielbiamy góry i każdego roku jesteśmy na włóczędze po Tatrach lub innych naszych górach. Szczególnie Mateusz tutaj dobrze się czuje bo jemu już nasze Tatry nie wystarczają i chciałby gdzieś wyżej połazić. Szczególnie zapamiętaliśmy jednego Francuza, który wrócił z gór z nogami tak obtartymi, że nie można było na to patrzeć, masakra. On jednak tylko czeka na podleczenie nóg i idzie dalej. Spotkaliśmy jedną parę z Niemiec którzy rowerami jadą z Uzbekistanu przez Kirgistan i dalej górami do Chin. Walentyn pomaga im przedostać się do Chin bo na to trzeba mieć specjalne pozwolenie od wojska a on może wszystko załatwić tylko za odpowiednią kasę. My pod wpływem tych opowiadań też zdecydowaliśmy się na dwudniowe wyjście w góry z przewodnikiem bo wg opowiadań Walentyna tak tylko można dla naszego bezpieczeństwa. Nie wiemy jaka jest rzeczywistość i godzimy się jutro rano iść w góry za 20$ od łepka na dzień z wyżywieniem. Kupa kasy ale coś chcemy zobaczyć. Teraz czas spać bo jutro w drogę.

26.08 03 – rano obudził nas lekki deszcz, którego akurat teraz nie potrzebujemy. Noc była

jednak bardzo miła bo chłodno i trzeba było chować się pod kołdrą. Po śniadaniu kręcimy się trochę po mieście i czekamy na poprawę pogody. Około południa wypogodziło się i czeka już na nas auto z przewodnikiem, które zawiezie nas do wylotu doliny, którą pójdziemy dalej. Już w samochodzie ogarnęło mnie trochę zdziwienie gdy dowiedziałam się, że naszym przewodnikiem jest chłopak 17 lat i do tego w tenisówkach. Chyba coś ten Walentyn kombinuje? Zobaczymy. Szybko dojeżdżamy do doliny i wysiadka. Nasze auto miało kierownicę z prawej strony co tutaj dość często można zauważyć ponieważ jest to import aut z Japonii. Idziemy cały czas łagodnie pod górkę, krajobrazy zachwycające, w dole płynie potok. Robi się coraz wyżej ale droga jest na tyle wygodna, że jeżdżą tędy nawet samochody terenowe. Oczywiście nie ma żadnych turystycznych oznakowań ale nie można się zgubić (a Walentyn mówił co innego) chyba, że przy wielkiej mgle. Po drodze mija nas rodzinka jadąca konno w tą samą stronę co my, wszyscy na oklep, bez siodła i takich już tutaj będziemy widzieć jeźdźców. Po 3,5 godz. docieramy do doliny Altyn-Araszan. Miejsce bajeczne. Dolina długości kilku kilometrów, szeroka paręset metrów a wokoło góry porośnięte z jednej strony lasem a z drugiej pokryte trawą. W oddali widać czterotysięczniki pokryte śniegiem. W dole płynie strumyk, który jest jednocześnie źródłem wody dla paru mieszkańców tej doliny i odwiedzających turystów. Czas się zatrzymał w miejscu. Są tutaj nawet dwa budynki mieszkalne, jurty i parę namiotów rozbitych pod lasem. Cisza i spokój. Słychać tylko beczenie owiec i krów, które spokojnie się pasą na łąkach a jesteśmy na wysokości około 2 500m n.p.m. czyli więcej jak nasze Rysy a krajobraz zupełnie inny. Nasz przewodnik Edik zaprowadził nas do przyczepy, w której mieszka w okresie letnim znajoma Walentyna i to ona ma nas przez te dwa dni karmić. Edik przyniósł zapas jedzenia dla nas bo tutaj niczego nie można kupić. Od mieszkańców tej doliny można kupić tylko mleko. Dostajemy klucz i amerykańskie wojskowe śpiwory do szałasu, w którym mamy spędzić noc. Szałas to zbita mała buda z desek. W środku ¼ powierzchni zajmuje piec, na którym leżą stare kołdry, koce, skóry i my tam kładziemy nasze śpiwory i tutaj będziemy spać. Na wypadek ochłodzenia można napalić w piecu i całkiem przyjemnie spędzić noc. Przed snem chcemy jeszcze zażyć kąpieli u ruskiej bali. Idziemy po klucz do gospodarza i płacimy 150 som/3 osoby. Jesteśmy pierwszy raz w takim miejscu i ostrzeżenia gospodarza, że mamy być krótko, wyjść i po chwili znów wrócić wydawały nam się śmieszne. Samo wejście do tego nagrzanego, wilgotnego od siarkowej pary budynku zapychało nam oddech. Powoli przyzwyczajaliśmy się do tego specyficznego mikroklimatu. Temperatura wody tak wysoka, że z wielkim trudem udaje nam się w niej zanurzyć. Rzeczywiście nie da się długo siedzieć w takiej temperaturze i wilgotności. Wchodzimy i wychodzimy z wody. Już po chwili czujemy zmęczenie ale zapłaciliśmy więc trzeba trochę pobyć w tych warunkach. Po wyjściu z bani czujemy wielkie zmęczenie i myślimy tylko o spaniu. Zapada już zmrok, podziwiamy jeszcze piękno przyrody nas otaczającej i spanie. Mamy tylko świeczkę więc po ciemku kładziemy się spać. Na szczęście Mateusz zabrał ze sobą czołówkę więc bez trudu w nocy można było wyjść na zewnątrz. Piękna noc, niebo pokryte milionami gwiazd. Chciałabym tutaj jeszcze kiedyś przyjechać i pobyć trochę dłużej ?

27.08 03 – o 7.30 obudził nas Edik, który spał u tej baby w budzie bo już czeka na nas

śniadanie i obiecana wycieczka w góry. Wczoraj po naradzie stwierdziliśmy, że nie można iść w góry z tak nieodpowiedzialną osobą bo w razie najmniejszego zagrożenia nie ma możliwości jakiejkolwiek pomocy, tym bardziej, że mieliśmy iść aż na przełęcz o wysokości 3 700m n.p.m. Taka wysokość to nie żarty tym bardziej, że tutaj nie spotykasz na trasie ludzi. Myśleliśmy, że nie będzie rano pogody i powiemy, że nie idziemy w góry bo pada a tutaj dzisiaj piękne słońce. Ja mówię, że rezygnujemy z wyjścia w góry ze względu na sensacje żołądkowe i po południu wracamy. Śniadanie więcej niż skromne ale tyle wytrzymamy. Za co zapłaciliśmy tyle kasy ? Cóż człowiek uczy się na błędach. Jak już tutaj jesteśmy to korzystamy z przejażdżki konnej. Konie wypożyczamy od gospodarza za 270 som/3osoby. Chłopcy z Edikiem jadą a ja zostaję w dolinie. Filmuję, robię zdjęcia i podziwiam otaczający krajobraz. Chłopacy wracają po dłuższej przejażdżce bardzo zadowoleni a to najważniejsze. Jeszcze nigdy na takiej wysokości nie jeździli konno. Wracamy. Po drodze mijamy samochód terenowy z trudem jadący do góry a w samochodzie kto nam kiwa ? „nasz Francuz”, który jechał z nami z Osz. Świat jest mały. Ciekawe ile on Walentynowi zapłacił za tą przejażdżkę ? Może się wieczorem dowiemy ? Na nasze szczęście już na dole zaczyna padać deszcz i będziemy mieć pretekst do powrotu. Po 3 godzinach docieramy do przystanku autobusowego i jesteśmy w pensjonacie. Na szczęście Walentyn oddaje na 60$ a my zostajemy tutaj jeszcze jedną noc. Mamy teraz pokój trzyosobowy. Wieczorem całe towarzystwo spotyka się w stołówce i wymieniamy się doświadczeniami. „Nasz Francuz” pod wieczór wrócił z gór i tylko nam powiedział, że za wyjazd w góry zapłacił dużo więcej niż my. To tak nam na pociechę. Wieczorem cały czas leje a my w ciepełku siedzimy przy smacznej kolacji. Walentyn przychodzi na kolację i nalewa do dwóch kieliszków wódkę, jeden kieliszek bierze on a jeden stawia przede mną i mamy wypić na zdrowie. Czuję się głupio bo nie wiem skąd to wyróżnienie (pewnie ze względu na wiek ?) i powoli pije jakąś paskudną gorzałkę. Wszyscy biją brawo. Walentyn wieczorem nam oznajmia, że jutro jego znajomy jedzie do Biszkeku i może nas zabrać za 900som. Decydujemy się tym bardziej, że pojedzie on południową stroną jeziora tą, którą nie jechaliśmy i znów zobaczymy coś nowego.

28.08 03 – dzisiaj miesiąc od naszego wyjazdu. Rano po śniadaniu płacę za nocleg już trochę

drożej niż ostatnio (odkuł się za te 60$, które musiał nam oddać). O 10.00 czeka na nas samochód i znów nas zaskoczono. Razem z nami jedzie kierowca, jego brat z synem. Razem z nami 6 osób, ale to tutaj normalne. Wczoraj nikt o tym nie mówił, że tylu nas pojedzie. Auto aż się ugina pod naszym ciężarem i naszymi bagażami. Mój plecak ląduje na dachu. Obawiam się tylko żeby się nie zgubił po drodze. Południowa strona okazuje się bardziej ciekawa niż północna. Bardzo mały ruch samochodowy, prawie pozbawiona wiosek i nie ma tutaj „kurortów”. Podróż od początku z przygodami bo już po paru kilometrach awaria auta. Musimy wysiadać z maszyny, wyjmować plecaki z bagażnika a kierowca zabiera się za naprawę. Na szczęście naprawa nie trwa długo i jedziemy dalej. Awaria przytrafiła się nam 4 razy. Później kończyło się paliwo a po drodze nie było stacji benzynowych a jak była to nie było prądu. Ten problem też udało się rozwiązać i szczęśliwie poruszaliśmy się do przodu. Jeszcze zjeżdżamy z głównej drogi i jedziemy zobaczyć pozostałości po XIII w. osadzie. Do czasów współczesnych pozostała tylko wieża Burana w dobrym stanie. Po 7 godzinach jazdy jesteśmy w Biszkeku w tym samym hotelu co ostatnio. W mieście pełne przygotowania do niedzielnego święta niepodległości. Ulice pozamykane, pełno plakatów, jakichś konstrukcji i mnóstwo ludzi przy tym pracujących. Jutro mamy czas to sobie to pooglądamy.

29.08 03 – sami robimy śniadanie i idziemy do miasta. Na centralnym placu, w miejscu, w

którym stał Lenin teraz znajduje się statua niepodległości a Lenin został przeniesiony z tyłu za muzeum. Wszystko to w związku ze świętem. Robimy małe zakupy w CUM gdzie ceny z pamiątkami bardzo wysokie. Koszulki 400 som. Jest tych pamiątek bardzo dużo i wiele mnie się podoba, ale nie za te pieniądze. Kupujących bardzo mało. Włóczymy się po mieście a po południu oglądamy niezwykle barwne przygotowania młodzieży do występów. Młodzież i dzieciaki ubrani są w narodowe kolorowe ubrania i z pełną powagą wykonują swoje zadania.

30. 08 03 – dzisiaj pełne lenistwo, nie planujemy już żadnego wyjazdu poza miasto. Jakub

idzie zwiedzić miejscowe muzeum, ale nic go tam nie zachwyciło. Dużo czasu spędzamy na oglądaniu przygotowań do jutrzejszego święta. Wieczorem pozwalamy sobie na szaleństwo – kawa przy ambasadzie Iranu za 55 som a chłopaki piwo, razem zapłaciłam 145 som. W tej kawiarni to już Europa, ceny też europejskie. Słychać języki z całego świata bo to miejsce spotkań obcokrajowców. Wieczorem oglądamy barwne fajerwerki na cześć jutrzejszego święta.

31.08 03 - ostatni dzień w Biszkeku i Kirgistanie. Dużą część dnia spędzamy na oglądaniu

parady świątecznej. Widzimy maszerujące wojsko, milicję, wszystkie grupy zawodowe i pełną powagę tych ludzi. Mnie te sceny coś przypominają ?? Wszyscy poubierani albo w stroje narodowe albo w mundury. Myślałam, że nie będzie można na paradzie robić zdjęć ani filmować no bo to wojsko, milicja i sam prezydent też gdzieś jest. Pytam milicjanta czy można robić zdjęcia o on mało, że pozwolił to jeszcze zawołał Jakuba żeby stanął przed nimi bo tu ma lepsze miejsce do robienia zdjęć. Coś nie do pomyślenia w Kazachstanie !! Parada trwała bardzo długo więc już nam się nie chce patrzeć. Czuję pewną nerwowość przed jutrzejszym lotem do Istambułu. Przecież to jakieś miejscowe linie lotnicze !!! Musi być dobrze. Na obiad idziemy do pizzerii, lokal europejski zupełnie inny świat. Pizza smaczna ale jak coś dobre to ceny też wysokie (jak na Kirgistan). Jeszcze odwiedzamy Internet, wysyłamy ostatnie wiadomości z Azji i umawiamy się z taksówkarzem na jutro rano na 7.30.

01.09 03 – noc dla mnie trochę nerwowa. Rano o 7.00 pobudka, tylko herbata i w drogę. O

7.30 czeka na nas taksówka i jedziemy na lotnisko. Trochę ze smutkiem opuszczamy Biszkek i Kirgistan bo podobało nam się tutaj. Może jeszcze kiedyś wrócimy ? Do lotniska jechaliśmy 30 minut. Płacę 300 som/3 osoby. Myśleliśmy, że na lotnisku spotkamy jakichś obcokrajowców, ale nie widzieliśmy nikogo. Plecaki oklejamy taśmą żeby nam nie pourywali pasków i idziemy do odprawy. Płacimy po 10$ od łepka opłaty lotniskowej a potem kontrola naszych paszportów. Trochę się tego obawialiśmy bo w paszporcie nie mamy żadnej pieczątki z przekraczania granicy ale nikogo to nie interesuje. Teraz dają nam w paszport pieczątki. Nadajemy bagaż i tu mały problem. W Mateusza plecaku jest nóż turystyczny, który nie raz nam się przydał, a tutaj celnicy się nim zainteresowali. Mateusz musiał go wyjąć, wielce zdziwili się, że nóż został zakupiony w Polsce i kazali wziąć paszport i iść do jakiegoś pomieszczenia razem z tym nożem. Na mnie już teraz ten problem nie zrobił wrażenia bo na początku podróży nie pozwoliłabym Mateuszowi iść sama tylko poszłabym z nim. Po chwili Mateusz wrócił i w obecności celnika włożył nóż do plecaka. Nie wiem po co ten problem bo ten plecak z nożem i tak miał być nadany jako bagaż a nie jako bagaż podręczny. Dobrze, że się obawiają o bezpieczeństwo podróżnych !! O 10.40 odlot samolotu do Istambułu. Jesteśmy cholernie głodni bo jeszcze dzisiaj nic nie jedliśmy. Ja nawet nie mam siły bać się lotu tylko myślę o żarciu. Najpierw przynieśli nam coś do picia, było też wino. Ja wzięłam lampkę wina na głodny żołądek i poczułam się źle. Teraz jeszcze byłam bardziej głodna. W końcu przynieśli coś do jedzenia i było to wszystko smaczne. Na ciepło ryż i taki gulasz. Bułki, masło, wędlina, ser, masło, pomidor, herbata. Zaraz lepiej. Samolot Tupolew, ale mam nadzieję, że nas szczęśliwie dowiezie na miejsce. Lecimy nad Jeziorem Aralskim (a raczej nad tym co po nim pozostało), Morzem Kaspijskim, Kaukazem, Morzem Czarnym. Po 5.20h jesteśmy w Istambule. W Istambule jest 14.00 a w Biszkeku 16.00. Lotnisko duże, nowoczesne ,widzimy samoloty z całego świata. Widać, że trwają tutaj prace remontowo-budowlane. Szybko i sprawnie docieramy do okienka gdzie za 10$ kupujemy wizy, pieczątka w paszporcie i witamy w Turcji. Nie chce mi się wierzyć, że dwa lata temu tu byłam i dzisiaj znów tu jestem. Wymieniamy pieniądze na liry tureckie (znów te okropne miliony, nie będziemy mogli się połapać w cenach 1$ = 1 375 000 TRL) i taksówką jedziemy do centrum gdzie mamy „namiary” na tanie pensjonaty. Jest bardzo ładna pogoda, ciepło. Szukanie taniego pensjonatu zajmuje nam trochę czasu, ale w końcu spotykamy dwie młode dziewczyny z Polski, które nas informują, że w tej części miasta taniej niż 7$ za nocleg nie znajdziemy. Fakt, jest to samo centrum, tuż przy Hagia Sofia. Bierzemy pokój za 7$ od łepka. Zostawiamy bagaże i czas na zwiedzanie miasta. Niestety teraz dopiero po Azji ceny nas „zwalają z nóg”. Wszystko potwornie drogie. W tej części gdzie mieszkamy pełno jest hoteli i restauracji na przeciętną kieszeń ale nie na naszą. Obiad 13$. Na szczęście nie trzeba wymieniać pieniędzy bo tutaj prawie wszędzie można płacić w dolarach lub €. Hagia Sofia wejście 10$, nie ma żadnych zniżek na kartę ISIC, chłopcy nie chcą za tą cenę zwiedzać. Mam nadzieję, że jeszcze tu przyjadą i będzie ich stać na zwiedzanie. Bazylika Cystern 8$ - to samo. Na szczęście Błękitny meczet, wejście bezpłatne – zwiedzamy. Chociaż coś zobaczą. Decydujemy się, że dzisiaj zobaczymy co się da a jutro wieczorem stąd wyjeżdżamy. W związku z tym kupujemy bilety na pociąg sypialny na jutro do Sofii za 81$/3 osoby. Dalszy ciąg zwiedzania. Na szczęście jutro mamy cały dzień na zwiedzanie bo pociąg jest o 23.00. Jemy kolację za 9$ a ja do kolacji dostaję kawę gratis wielkości naparstka. Wracamy do hotelu. W naszym pokoju znajdują się dwa piętrowe łóżka i nic więcej, nie ma nawet żadnego stolika, szafki czy krzesła. Łazienka wspólna tuż przy naszym pokoju. Warunki bardziej niż skromnie chociaż bardzo czysto. Na dachu hotelu znajduje się kawiarenka, w której wieczorem miło posiedzieć i pooglądać nocą miasto. Dzwonimy do domu i chłopcy informują ojca, że jesteśmy już w Istambule bo nic o samolocie wcześniej nie mówiliśmy żeby się nie denerwował. Teraz myślimy już o powrocie.

02.09 03 – noc spokojna i niezbyt gorąca. Rano wychodzimy do miasta, chcemy zobaczyć jak

najwięcej, ale te ceny !! Jedyne co tanie to widokówki (1$ = 15 widokówek), które zakupujemy i wysyłamy do znajomych bo dotychczas z tym był problem. Najbliżej mamy do Pałacu Topkapi – dzisiaj nieczynny. Idziemy dalej. Plac między Hagią Sofią a Błękitnym meczetem wypełniony turystami z całego świata. Zazwyczaj w podróżach duże ilości turystów mi przeszkadzały ale dzisiaj mnie ich widok cieszy, czuję się, że nie jestem na końcu świata. Na Hipodromie odpoczywamy w przytulnej kafejce przy wodzie mineralnej. Razem z nami siedzą turyści z Japonii, gdzie ich nie ma ? Włóczymy się po mieście. Odwiedzamy wielki bazar i bazar egipski. Tutaj nie trzeba niczego kupować ale trzeba być !! Od ilości towarów można dostać zawrotu głowy. Ja już tutaj byłam dwa lata temu ale wtedy miałam mało czasu na oglądanie dlatego teraz „daję” sobie czas i spokojnie wszędzie zaglądam. Oczywiście sklepikarze wszystko chcą sprzedać, ale stanowcza odmowa ich zniechęca. Warto zobaczyć również akwedukt Walensa, do czasów obecnych zachowało się jedynie 800m tej wspaniałej budowli.

W hotelu mamy plecaki więc pod wieczór wracamy, szybka kąpiel i czas w drogę. Zanim dotrzemy na dworzec jemy kolację za ostatnie liry. Na dworcu zaskoczenie bo okazuje się, że dzisiaj do Sofii nie jedzie pociąg sypialny tylko zwykłe wagony. Na szczęście w kasie zwracają nam 17€ i o 23.00 wyjeżdżamy z Istambułu. Siadamy do pustego przedziału. Hura, będzie można spać tylko jedna osoba musi uważać na plecaki.

03.09 03 – o godz.3.00 budzą nas pasażerowie wsiadający do naszego przedziału. Okazuje

się, że już granica turecko-bułgarska. Pasażerowie coć do nas mówią w niezrozumiałym języku i pokazują na paszporty. Dopiero po chwili orientujemy się, że należy wyjść z pociągu i z paszportem udać się do budynku dworca gdzie jest odprawa paszportowa. Najpierw idą chłopaki a ja zostaję w przedziale bo nie chcę zostawić plecaków, gdy wracają idę ja. Szybko bez problemu pieczątka i jako jedna z ostatnich wsiadam do pociągu. W ten oto sposób przekracza się pociągiem granicę. Po chwili dopiero wchodzą pograniczniki i znów sprawdzaj paszporty. Gdyby nas nie obudzono na granicy to pewnie dopiero teraz byśmy się zorientowali, że to granica. Ciekawe co by było gdybyśmy nie mieli pieczątek w paszportach? Teraz czas na bułgarską odprawę. Tutaj trwa to wszystko dłużej i dopiero z granicy ruszamy o 7.15. W przedziale jest komplet ludzi więc już nie ma co marzyć o spaniu. Jakub ma „dużo szczęścia” bo jedna baba zmęczyła się, położyła się na jego kolana i spokojnie sobie śpi. Zmęczenie daje się nam we znaki a do tego dochodzi głośne gadanie pasażerów. Po jakimś czasie nasi współpasażerowie wysiadają i znów jesteśmy sami w przedziale. Niestety pociąg ten jedzie bardzo wolno i ma częste dłuższe postoje na stacjach. Niemiłosiernie wlecze się czas. Dopiero o 15.45 jesteśmy w Sofii. To planowy przyjazd pociągu.

Na dworcu idziemy do informacji i dowiadujemy się, że o 20.40 jest pociąg do Belgradu i dalej do Budapesztu. Decydujemy się na kupno biletów aż do Budapesztu. W kasie biletowej WASTEELS babka mówi po polsku i do tego jest bardzo miła. Dowiadujemy się ile kosztują bilety i wymieniamy kasę (1$ = 1,6 lewa). Mamy bilety (Sofia – Budapeszt, 3 osoby 133$ + 21) teraz czas na żarcie. Jeszcze tylko w Belgradzie musimy dokupić miejscówki. Wokół dworca pełno budek, ale my udajemy się do miasta gdzie w miarę blisko dworca spotykamy KFC. Tutaj fundujemy sobie spory posiłek bo prawie nic dzisiaj nie jedliśmy. Mamy trochę czasu do pociągu więc korzystamy z czystych kibelków i umywalek. Trochę odświeżeni wracamy na dworzec. Czekamy chwilę na pociąg, jest nam bardzo zimno. Nie wiem czy rzeczywiście jest tak chłodno, czy tylko my nie jesteśmy przyzwyczajenie do tych temperatur ? W wagonie mamy czysty sypialny przedział tylko dla siebie, ale luksus !!!

04.09 03 – o godz. 1.00 zostajemy obudzeni przez straż graniczną, szybka kontrola

paszportów i jedziemy dalej. Pociąg do Belgradu przyjeżdża z 1,5godz. opóźnieniem. Mamy mało czasu na coś do zjedzenia i na kupno miejscówek. Wymieniamy 20$ (1$ = 60,15 dinara), kupujemy 3 miejscówki (504 DIN), na dworcu jemy jakiś rosół z bułką i do tego jeszcze herbata. Rosół całkiem smaczny. O godz. 8.20 wsiadamy do pociągu do Budapesztu. Pociąg luksusowy, mało ludzi, fajnie nam się jedzie. W tym pociągu spotykamy ludzi, którzy wsiadali razem z nami w Istambule. Razem z Jakubem idziemy do wagonu restauracyjnego wydać ostatnie dinary, które starczyły nam tylko na kawę i wodę mineralną. O 12.25 granica jugosłowiańsko – węgierska. Bez problemów. Godzina 15.20 Budapeszt. Jesteśmy na Dworcu Keleti. Postanawiamy zostać jedną noc. Chcemy się przespać w normalnym łóżku i trochę umyć. Metrem udajemy się do centrum, wysiadamy w pobliżu Dworca Nyugati. Tutaj po dłuższych poszukiwaniach mamy nocleg za 7 tysięcy forintów (1$ = 220 FT) czyli około 10$ od łepka. Drogo, ale dowiadujemy się od turystów, że w centrum trudno o coś tańszego. Niech będzie tym bardziej, że tutaj możemy płacić prawie wszędzie kartą. Miejsce to na dodatek jest blisko dworca, z którego jutro będziemy odjeżdżać. Decydujemy się jeszcze trochę zwiedzić miasto. Szybko Parlament, Bazylika św. Stefana itd. Turystów mało bo to pewnie już koniec lata. Włóczymy się do późnego wieczora po mieście. U Chińczyka jemy kolację – bardzo smaczna. Mam jeszcze ochotę na kawę i lody. Pierwsze lody od naszego wyjazdu z domu, smakowały bardzo ale ceny nie dla nas. Kupujemy bilety na pociąg do Esztergom na jutro rano (436 FT jeden bilet). Wracamy do naszego hoteliku.

05.09 03 – rano wychodzimy z hotelu. Na dworcu wymieniamy 30$ na korony czeskie, ale

głupia baba dała nam 500 koron i resztę w forintach, których już nie potrzebujemy. Kłócimy się, że nie chcemy forintów tylko korony lub dolary, ale ona nie da sobie nic powiedzieć i do tego za chwilę mamy pociąg. Trudno bierzemy kasę i szybko wsiadamy do pociągu. Musimy na Słowacji wymienić forinty na korony, znów nasza strata. O 7.40 wyjeżdżamy z Budapesztu. Po przejechaniu 53 km o 9.20 jesteśmy w Esztergom i szukamy drogi do przejścia granicznego na Słowację. Trochę czasu zajmuje nam dojście do mostu granicznego na Dunaju. Idziemy nowym mostem na drugą stronę rzeki i po szybkiej odprawie paszportowej jesteśmy na Słowacji w Šturovie. Do dworca kolejowego niestety daleko. Po drodze wymieniamy nieszczęsne forinty na korony słowackie i idziemy przez miasto. Poza miastem próbujemy zatrzymywać samochody, ale Słowacy chyba nie rozumieją co to stop i nikt nie zwraca na nas uwagi. Zmęczeni docieramy na dworzec (dzisiaj jest bardzo ciepło) i szybko kupujemy bilety do Břeclavia w Czechach (427 Skk / 1 bilet) okazuje się, że brakuje nam kasy ale na szczęście blisko dworca jest kantor i wymieniamy jeszcze 5€. W ostatniej chwili wsiadamy do pociągu EC „Hungaria” Budapeszt – Berlin. Podróż przyjemna, mało ludzi. O 13.30 granica słowacko – czeska, bez problemów. W Břeclaviu musimy zakupić bilety do Lichkova – ostatniej stacji w Czechach. Cena biletu dla trzech osób 456kč. Jakub ma 10 min na zakup biletów bo tyle stoi tu pociąg. Udało się i jedziemy dalej. Przy kontroli biletów okazało się, że nie mamy dopłaty na EC, bez problemów konduktorka wypisuje nam dopłatę za 180kč. Dojeżdżamy do Pardubic, gdzie mamy przesiadkę na pociąg do Hradec Králové. Tutaj okazuje się, że zamiast pociągu na tej trasie kursuje autobus. Na podróżnych czekają trzy autobusy, które szybko zawożą nas do Hradec Králové. Mamy trochę czasu więc posilamy się w dworcowym barze. Czekamy na pociąg relacji Praga – Wrocław, który jest trochę opóźniony. Planowy odjazd pociągu o 16.06 a my wyjeżdżamy dopiero o 16.30. O godz.17.40 ostatnie nasze przejście graniczne, tym razem już do Polski. Jeszcze zakup przejściówek u konduktora 15kč lub 2 zł od osoby. Tutaj w Międzylesiu musimy kupić jeszcze bilety do Poznania. Kupujemy tak bilety na granicach bo jest to taniej niż kupowanie biletów międzynarodowych. Jakub po kontroli paszportowej chce wyjść z pociągu i kupić bilety ale WOP-sta nie pozwala opuścić pociągu dopóki nie skończy się kontrola całego pociągu. Trochę się martwimy czy później zdążymy kupić bilety, ale WOP-sta zlitował się nad nami i pozwolił w końcu iść kupić te bilety. Cały bilet 41,42 zł, dwa ulgowe 52,18 zł. O godz. 22.00 – Wrocław. Mamy godzinę czasu do następnego pociągu więc idziemy na herbatę i coś zjeść. Godz. 23.03 odjazd pociągu do Poznania. Z trudem znajdujemy miejsca siedzące. Trochę czujemy zmęczenie.

06.09 03 – o godz. 1.20 jesteśmy w Poznaniu gdzie chłopcy wypatrują ojca, który po nas

przyjechał na dworzec. Dzisiaj mija 6 tygodni od wyjazdu z domu. Cieszymy się, że wróciliśmy ale już po drodze do domu planujemy następny wyjazd.

P O D S U M O W A N I E

Czas podróży 28 lipiec 2003 do 6 wrzesień 2003 – 6 tygodni.

24 noce w hotelach, 12 nocy w pociągach, 2 noce w kościele w Moskwie, 3 noce u Sergiusza i 1 noc w górach Kirgistanu.

Przejechaliśmy 13 250 km lądem + samolotem Biszkek – Istambuł /5h 20 min/

Wydatki: 3 300$ / 3 osoby – w tym są zakupy zrobione na podróż, drobne upominki,

lekarstwa, szczepionki WSW typ A (nieobowiązkowe ale przyda się też na następne ekstremalne podróże, koszt 3 szczepionek 495zł ), ubezpieczenie, dojazd po wizy do Warszawy, dojazd po bilety do Kaliningradu, filmy, kasety do kamery no i wszystkie wydatki w czasie podróży. Koszty można zmniejszyć i to znacznie, ale my aż tak bardzo nie oszczędzaliśmy i czasami pozwalaliśmy sobie na odrobinę szaleństwa (lepszy hotel, lepsza knajpa no i samolot).

Koszty biletów kolejowych 2 300 zł + 500 zł ( to koszty biletów w Polsce na dojazd po wizy

i dojazd do Kaliningradu po bilety )

Cena biletów w Rosji - 833 zł

Kazachstanie - 250 zł

Uzbekistanie - 100 zł

Turcji - 228 zł (dojazd do Sofii)

Bułgarii - 630 zł ( dojazd do Budapesztu)

Węgry - 22 zł ( dojazd do Esztergom )

Słowacji - 130 zł

Czechach - 100 zł

Polsce - 93 zł

Hotele - 1 750 zł ± 460$ - hotele w Uzbekistanie - 124$

- Kirgistanie - 262$

- Kazachstanie - 22$

- Turcji - 21$

- Budapeszt - 31$

Taksówki - 270$ ± 1 000zł w Kirgistanie - 136$

w Uzbekistanie - 83$

w Kazachstanie - 50$

Samolot - 726$ (w tym cena lotniskowa i zmiana terminu lotu ).

Wizy 390$ + 100zł (opłaty bankowe )

Razem ± 10 000 zł

Reszta kosztów to wyżywienie, przejazdy autobusami miejskimi, drobne prezenty, koszty poniesione w Polsce.

R a d y : koniecznie należy zameldować się w Kazachstanie. Nam w żaden sposób nie

udałoby się bez zameldowania przejechać przez ten kraj (ciągłe kontrole dokumentów), a szkoda pieniędzy na łapówki. Zameldowanie to niewielki wydatek finansowy i warto to zrobić dla „świętego spokoju”. Należy też na granicy koniecznie zabrać deklarację celną bo nawet rutynowe kontrole w mieście czasami ją sprawdzają. Bardzo przydatna znajomość języka rosyjskiego. Podczas kontroli policyjnej (a one Cię nie ominą ) zaczynaj mówić po angielsku (jeśli znasz ten język) a policjanci zaraz trochę pokornieją a później dopiero mów po rosyjsku i koniecznie zaznacz, że jesteś z Polski.

Również o zameldowaniu należy pamiętać w Rosji, tym bardziej wtedy kiedy jest tam się dłużej niż 3 dni. Nam na granicy się udało bo powiedzieliśmy, że w Rosji byliśmy tylko tranzytem ale „nasz pogranicznik” był wyjątkowo gapowaty, mieliśmy szczęście.

W Kirgistanie też należy się zameldować (my bez większych problemów to uczyniliśmy) ale nikt tego nie sprawdza i chyba można sobie to darować. Ostrzegano nas, że na lotnisku jest szczegółowa kontrola ale my sprawnie przeszliśmy i nikogo nie interesowało nasze zameldowanie ani brak pieczątki wjazdu do kraju. W Uzbekistanie zameldowanie daje chyba każdy pensjonat tylko należy o to się pytać wybierając miejsce do spania.

Turcja – wiza na lotnisku i na każdej granicy za 10$ bez problemów. Dalej to już Europa i wygodne podróżowanie.

Obecnie do Rosji obowiązują wizy więc nasze rady są już nieaktualne.

Ubezpieczenie – ja wykupiłam sobie ubezpieczenie za 138,00 zł, chłopaki mają karty ISIC. Decyzją o ubezpieczeniu należy do Ciebie. Najważniejsze żeby nie była potrzebna, bo w razie wypadku to najlepiej jak najszybciej wracać do kraju.

Ciuchy – jak najmniej, zawsze znajdzie się okazja żeby coś przeprać a schnie błyskawicznie. Koniecznie należy zabrać okulary p/słoneczne. Słońce świeci bardzo ostro a temperatury powyżej 40°C. Wygodnie jest mieć zwykłe, cienkie, męskie koszule. Kołnierzyk zasłania szyję a długie rękawy chronią ręce a szczególnie ramiona. Dziewczyną radzę zabrać przewiewną luźną sukienkę. Jest lepsza od szortów bo nie uwiera w pasie a przy wysokich temperaturach wszystko przeszkadza. Pamiętać należy o nakryciu głowy. Nie zawsze musisz nosić ale czasami konieczne. Chłopakom bardzo przydatne są spodnie z odpinanymi nogawkami. W razie wejścia do meczetu szybko dopinasz nogawki i już wchodzisz. Nie musisz zmieniać spodni. Należy pamiętać, że to są kraje muzułmańskie ale religia jest traktowana bardziej niż tolerancyjnie. Całkowita swoboda ubioru.

Warto zabrać kawałek sznurka, który może służyć do suszenia prania, do przywiązania bagażu. Nie zajmuje dużo miejsca a nam się niejednokrotnie przydał. Grzałka i kubek też się przydają. Jedzenia nie zabraliśmy, tylko parę zupek chińskich do pociągu w Rosji. W Azji wszędzie kupisz jedzenie tak jak w Polsce.

Kasa – my mieliśmy gotówkę. Oprócz Kirgistanu nigdzie nie próbowałam wyjąć forsy z karty ale myślę, że w stolicach jest to możliwe. Najlepiej mieć dolary. Koniecznie dużo drobnych i tylko nowe banknoty z dużym wizerunkiem prezydenta. Stare tez przyjmowali ale po niższym kursie.

Apteczka – tak jak na każdą dłuższą podróż ze szczególnym uwzględnienie lekarstw na sensacje żołądkowe. Każdego wcześniej czy później coś dopadnie więc lepiej być przygotowanym. O tym porozmawiaj ze swoim lekarzem, coś ci doradzi.

Zdjęcia – warto zabrać (a właściwie trzeba) zdjęcia paszportowe. Przy zameldowaniu w Kazachstanie chcieli nawet dwa. W Moskwie przy odbiorze wiz były potrzebne też dwa zdjęcia. Lepiej mieć ich więcej bo nigdy nie wiadomo kiedy mogą być potrzebne. Warto zrobić sobie ksero paszportów i innych ważnych dokumentów. Ksera trzymać oddzielnie niż oryginały dokumentów bo w podróży wszystko jest możliwe (kradzież, zgubienie).

Bezpieczeństwo – nigdzie, poza Astaną (przez naszą głupotę), nie czuliśmy się zagrożeni jakimś niebezpieczeństwem. Ciągłe kontrole w Kazachstanie i Uzbekistanie powszednieją i po paru takich kontrolach nie robią już na tobie wrażenia. Jeśli ma się wszystkie odpowiednie dokumenty (paszporty, wizy, deklaracje celne, zameldowania) możesz spokojnie podróżować bez większych obaw. W Kirgistanie turysta nie jest narażony na kontrole dokumentów, oni twierdzą, że jak wjechałeś do kraju to znaczy, że twoje dokumenty są w porządku i nie należy cię niepokoić. Zwykli ludzie są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów (bo ciągle jest ich jeszcze mało) i chętnie chcą rozmawiać i służą pomocą. Oczywiście należy być ostrożnym tak jak w każdym kraju ale w granicach rozsądku. Nawet z bardzo wrogo nastawioną policją w Kazachstanie da się czasem przyjaźnie porozmawiać. Obawa o bezpieczeństwo nie powinna być przeszkodą do wyjazdu w ten rejon świata.

Jeśli zainteresuje Cię nasza podróż lub masz jakieś pytania do nas to pisz (czepilch@onet.eu), odpowiemy na każde pytanie (w miarę naszych możliwości). Jeśli byłeś w tych stronach to podziel się z nami swoimi uwagami. Nasz podróż opisywana jest szybko (z braku czasu) więc proszę wybacz błędy i styl.

3 komentarze:

oando pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
Czajnik pisze...

Wrócilismy z Azji Centralnej w maju tego roku po 3-tygodniowej podróży. Zapraszam do pisanej w formie bloga ex-post mojej relacji ;-)

Pozdrawiam - Igor

obat pelangsing yang aman pisze...

just blogwalking.. nice post :D